Po poniedziałkowym spadku indeksów amerykańskich, kiedy Standard&Poor?s 500 stracił tegoroczne zyski, w Azji we wtorek dominował pesymizm. Spośród giełd azjatyckich lepiej niż większość zachowały się rynki w Chinach, Pakistanie i Malezji. Tylko tam indeksy wzrosły. Od Bombaju po Tokio inwestorzy chętniej sprzedawali akcje niż je kupowali, bo atmosferę kształtowały obawy przed rosnącymi stopami procentowymi. W Japonii najboleśniej odczuły to firmy eksportujące swoje produkty bądź też generujące za granicą znaczną część przychodów. Znalazła się wśród nich Toyota, gdyż inwestorzy obawiają się, ze wyższe koszty kredytu w USA ograniczą popyt konsumencki. Taniały też spółki surowcowe, jak BHP Billiton i Sumitomo Metal Mining, ponieważ, według sprzedających, akcje tych firm gospodarka może zwolnić i spadnie popyt na ich produkcję.

W Europie początkowo spadały indeksy na wszystkich dojrzałych rynkach. Pierwsze reakcje po publikacji raportu o budownictwie w USA były jednak odmienne niż na otwarciu sesji w USA. Za oceanem lepsze od oczekiwanych wyniki tego sektora najpierw przestraszyły inwestorów. Bali się, że będzie to dodatkowy argument na rzecz podnoszenia stóp procentowych. W Europie indeksy odrabiały wcześniejsze straty. Później to samo działo się w Nowym Jorku.

Wcześniej najbardziej traciły banki, bo zwykle właśnie one bywają pierwszymi ofiarami na froncie wojny z inflacją. Wczoraj do akcji wkroczył Riksbank, bank centralny Szwecji, który podwyższył główną stopę o ćwierć punktu procentowego (25 bazowych). W Niemczech dynamika cen produkcji sprzedanej w maju była najwyższa od 24 lat.

Dobrych wieści dla grających na rynkach akcji nie mają stratedzy JP Morgan Chase. Ich zdaniem, spadki na giełdach europejskich mogą trwać do końca roku. Nie tylko z powodu inflacji, wyższych stóp, ale także ryzyka wolniejszego wzrostu gospodarczego. Polecają spółki farmaceutyczne, energetyczne i producentów wyrobów konsumenckich.