Pod koniec maja prezes WGI Domu Maklerskiego w liście do klientów opisał trzy scenariusze rozwoju sytuacji. "Wszystkie one zależą od stopnia zaufania, jakim są Państwo skłonni nas obdarzyć, i świadomości realnych konsekwencji podejmowanych działań" - przypomniał inwestorom.
Klienci domu maklerskiego mają obligacje WGI Consulting (obie spółki kontrolują ci sami ludzie). Pieniądze pozyskane ze sprzedaży obligacji zostały za pośrednictwem m.in. Wachovia Securities ulokowane - miejmy nadzieję, że w całości - w instrumenty finansowe. Jakie i gdzie, nie wiadomo.
Pierwszy scenariusz - upadłość domu maklerskiego. WGI ostrzega bardzo wyraźnie: "Osoba, która będzie zarządzała aktywami firmy, będzie myślała, jak najszybciej, nawet kosztem strat, zakończyć działalność". Wniosek płynie z tego prosty. "Trzeba się liczyć ze znacznymi stratami, jakie poniosą właściciele obligacji". Drugi scenariusz - natychmiastowe zamknięcie inwestycji. Skutek? "Spadek wyceny obligacji średnio o 30-40 proc., na którą to stratę nie godzi się większość naszych klientów".
Trzeci scenariusz - "bezstratne odzyskanie pełnej kwoty zainwestowanych pieniędzy, powiększonych dodatkowo o rekompensatę. Ten wariant daje też możliwość wzrostu wartości obligacji, co dla klientów może oznaczać wypłatę dodatkowych zysków".
Wybór wydaje się banalnie łatwy. Tylko że... jest jeszcze kwestia "stopnia zaufania" do autorów listu. Kilkuset klientów wypowiedziało WGI umowę świadczenia usług. Sąd przychylił się wczoraj do wniosku o upadłość firmy. Amerykanie na wniosek polskich organów ścigania zamrozili aktywa WGI Consulting w Wachovii. Taka jest cena braku zaufania.