Reklama

Bliski koniec szaleństwa

Sytuacja na polskim rynku nieruchomości przypomina to, co działo się w końcu XX wieku na rynku akcji

Publikacja: 31.07.2006 12:00

Media poinformowały na przykład, że w pierwszy weekend lipca firma Bouygues Immobilier Polska zorganizowała imprezę, podczas której można było kupić po promocyjnej cenie mieszkanie w dzielnicy Wilanów. Podobno firma nie ma jeszcze pozwolenia na budowę, a ulica, na której mają stać domy, jeszcze nie istnieje. Okazało się, że pierwsi kupujący stanęli w kolejce już w nocy, a ceny sięgały nawet 8 tysięcy za metr kwadratowy.

Oczywiście, nie jest to średnia warszawska, ale nie ulega wątpliwości, że ceny metra kwadratowego wręcz eksplodują i wszystko to zaczyna przypominać klasyczną hossę, prowadzącą do znacznego przewartościowania rynku.

Taka gorączka zakupów powinna być kontynuowana przez cały ten rok. Najpierw mówiło się o kupowaniu mieszkań przed 1 lipca, żeby skorzystać z liberalnych rozwiązań przy zaciąganiu kredytów walutowych. Nie jestem przeciwnikiem nowych rozwiązań. Uważam, podobnie jak Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich, że jedynie około 10-15 proc. osób wyrażających chęć zaciągnięcia kredytu, straci teraz zdolność kredytową. Ta zmiana jednak wywołała wiele szumu i niezadowolenia. Do obrony kredytobiorców włączyli się politycy twierdzący, że na nowych regulacjach zyskają tylko duże banki, a klientów nie będzie stać na kupno wymarzonego mieszkania. Wielu specjalistów twierdzi też, że zaciągnięcie kredytu we frankach szwajcarskich nie niesie ze sobą żadnego zagrożenia. Przy okazji doszło do dyskusji o prawach obywatela, za którego ktoś podejmuje decyzję, chroniąc go przed ryzykiem.

Wprowadzone ograniczenia podobne są do obowiązku zapinania pasów w samochodzie i innych przepisów, które mają chronić obywatela przed niebezpieczeństwem. Janusz Korwin-Mikke zapewne powie, że to są niedopuszczalne ingerencje w sferę wolności osobistej, ale czy nie jest tak, że czasem trzeba nas bronić przed nami samymi? Czy naprawdę Polacy biorący kredyty hipoteczne w walucie obcej zdają sobie sprawę z ryzyka? Jestem pewien, że olbrzymia większość uważa, że ryzyka nie ma. Od kilku lat kredyty walutowe były bardzo opłacalne. Warto przypomnieć pytanie: czy jeśli widzimy kolejno 4 tysiące białych łabędzi to znaczy, że czarnych nie ma? Na rynkach finansowych takiego "czarnego łabędzia" łatwo spotkać (atak spekulantów na walutę, nieoczekiwany krach, nagłe pogorszenie sytuacji politycznej). Warto o tym pamiętać, jeśli bierze się kredyt w walucie innej niż otrzymywane wynagrodzenie.

Uważam, że wzrost cen napędzają przede wszystkim rozwiązania proponowane przez rząd. Politycy powinni popatrzeć krytycznie na to, co sami robią, a nie atakować Komisję Nadzoru Bankowego. Na przykład zadziwiającym pomysłem jest rezygnacja z ulgi odsetkowej. Dotychczas kredytobiorcy, kupujący mieszkania lub domy, mogli odliczyć odsetki od podstawy opodatkowania, co znacznie zmniejszało koszt kredytu. W ten sposób państwo pomagało budownictwu mieszkaniowemu. Co prawda odsetki od kredytów wziętych do końca 2006 roku nadal można będzie odliczyć, ale co potem? Wielu decydentów zaspokoiło swoje potrzeby mieszkaniowe, korzystając z dużej ulgi budowlanej i ulg remontowych, a teraz młodym Polakom, którzy też chcą skorzystać z pomocy państwa, pokazują "gest Kozakiewicza". Właśnie to rozwiązanie jest naprawdę bardzo szkodliwe, bo młodzi ludzie zazwyczaj nie są bogaczami i z całą pewnością liczyli na tę ulgę. Teraz - wiedząc, że to może być ostatni rok, w którym będzie ona obowiązywała, będą za wszelką cenę kupować mieszkania.

Reklama
Reklama

To jednak niejedyny czynnik podnoszący ceny. Rząd w swoich propozycjach podatkowych zaproponował, żeby wprowadzić 19-procentowy podatek od zysku ze sprzedaży mieszkań. Tłumaczy się to rozwiązanie pokrętnie mówiąc, że sprzedający nie poniesie strat, a może nawet i zyska. Takim klasycznym przykładem jest mieszkanie kupione za 150 tys. zł i po trzech latach sprzedane za 200 tys. Gdyby obowiązywały obecne przepisy, sprzedający zapłaciłby 20 tys. zł. podatku (10 proc. przychodu), a po zmianie regulacji tylko 9,5 tys. (19 proc. od różnicy cen). Spójrzmy jednak, co będzie się działo po 6 latach.

Załóżmy, że przez kolejne trzy lata mieszkanie znowu podrożeje o 50 tys. Wtedy, gdyby obowiązywały obecne przepisy, sprzedający nie zapłaciłby podatku (po 5 latach posiadania nieruchomości podatku się już nie płaci), a po zmianie regulacji aż 19 tys. Wyraźnie widać, że nowy podatek będzie karał tych Polaków, którzy kupują mieszkania dla siebie i zdarza im się w ciągu życia raz czy dwa je zmienić. Będzie zaś faworyzował tych posiadaczy mieszkań, którzy chcą nimi szybko obracać, bo według obecnych przepisów w ciągu pierwszych 5 lat zapłaciliby mniejszy podatek. Ludzie przewidujący będą dążyć do tego, żeby mieszkanie kupić w tym roku, bo zdają sobie sprawę z tego, że w życiu wszystko się może zdarzyć, a zmiana mieszkania jest jednym z tych wydarzeń, które prawie każdego czeka.

Gołym okiem widać, że właśnie w tym roku stworzono sytuację, która da deweloperom i handlarzom szansę na znaczne podniesienie ceny mieszkań. Wszystkie rozwiązania działają na ich korzyść. Kupujący zaniepokojeni są też możliwością wprowadzenia od 2008 r. 22 proc. VAT na budownictwo, ale to zależy już tylko od rządu, który - aby tego uniknąć - musi zdefiniować pojęcie budownictwa społecznego, a ma na to czas do końca 2007 r. To wszystko sprzyja tworzeniu bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości.

Uważam, że w przyszłym roku ceny mieszkań nie spadną gwałtownie na skutek przebicia rosnącej bańki, a ceny po 2007 r. nadal będą (już spokojnie) rosły, ale zachęcam do ostrożności. Wystarczy przecież, żeby minister finansów okazał się rozsądnym człowiekiem i zrezygnował ze zmian w podatkach, pozostawiając ulgę odsetkową i dotychczasowe opodatkowanie sprzedaży, a nacisk na rynek spadłby znacznie. Gdyby jeszcze rząd zdefiniował wreszcie, co to jest budownictwo społeczne, gorączka opadłaby do normalnego poziomu. Reasumując: być może już w tym roku, a z dużym prawdopodobieństwem w przyszłym, ceny mieszkań spadną. Fakt, stawiając taką tezę, nie biorę pod uwagę irracjonalności ludzkiej natury? Rosnące ceny wywołują kolejny wzrost cen, bo taka jest natura rynku. Nie zmienia to jednak postaci rzeczy, że 2007 rok z pewnością nie będzie już rokiem szaleństwa cenowego.

Główny Analityk Xelion. Doradcy Finansowi

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama