Media poinformowały na przykład, że w pierwszy weekend lipca firma Bouygues Immobilier Polska zorganizowała imprezę, podczas której można było kupić po promocyjnej cenie mieszkanie w dzielnicy Wilanów. Podobno firma nie ma jeszcze pozwolenia na budowę, a ulica, na której mają stać domy, jeszcze nie istnieje. Okazało się, że pierwsi kupujący stanęli w kolejce już w nocy, a ceny sięgały nawet 8 tysięcy za metr kwadratowy.
Oczywiście, nie jest to średnia warszawska, ale nie ulega wątpliwości, że ceny metra kwadratowego wręcz eksplodują i wszystko to zaczyna przypominać klasyczną hossę, prowadzącą do znacznego przewartościowania rynku.
Taka gorączka zakupów powinna być kontynuowana przez cały ten rok. Najpierw mówiło się o kupowaniu mieszkań przed 1 lipca, żeby skorzystać z liberalnych rozwiązań przy zaciąganiu kredytów walutowych. Nie jestem przeciwnikiem nowych rozwiązań. Uważam, podobnie jak Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich, że jedynie około 10-15 proc. osób wyrażających chęć zaciągnięcia kredytu, straci teraz zdolność kredytową. Ta zmiana jednak wywołała wiele szumu i niezadowolenia. Do obrony kredytobiorców włączyli się politycy twierdzący, że na nowych regulacjach zyskają tylko duże banki, a klientów nie będzie stać na kupno wymarzonego mieszkania. Wielu specjalistów twierdzi też, że zaciągnięcie kredytu we frankach szwajcarskich nie niesie ze sobą żadnego zagrożenia. Przy okazji doszło do dyskusji o prawach obywatela, za którego ktoś podejmuje decyzję, chroniąc go przed ryzykiem.
Wprowadzone ograniczenia podobne są do obowiązku zapinania pasów w samochodzie i innych przepisów, które mają chronić obywatela przed niebezpieczeństwem. Janusz Korwin-Mikke zapewne powie, że to są niedopuszczalne ingerencje w sferę wolności osobistej, ale czy nie jest tak, że czasem trzeba nas bronić przed nami samymi? Czy naprawdę Polacy biorący kredyty hipoteczne w walucie obcej zdają sobie sprawę z ryzyka? Jestem pewien, że olbrzymia większość uważa, że ryzyka nie ma. Od kilku lat kredyty walutowe były bardzo opłacalne. Warto przypomnieć pytanie: czy jeśli widzimy kolejno 4 tysiące białych łabędzi to znaczy, że czarnych nie ma? Na rynkach finansowych takiego "czarnego łabędzia" łatwo spotkać (atak spekulantów na walutę, nieoczekiwany krach, nagłe pogorszenie sytuacji politycznej). Warto o tym pamiętać, jeśli bierze się kredyt w walucie innej niż otrzymywane wynagrodzenie.
Uważam, że wzrost cen napędzają przede wszystkim rozwiązania proponowane przez rząd. Politycy powinni popatrzeć krytycznie na to, co sami robią, a nie atakować Komisję Nadzoru Bankowego. Na przykład zadziwiającym pomysłem jest rezygnacja z ulgi odsetkowej. Dotychczas kredytobiorcy, kupujący mieszkania lub domy, mogli odliczyć odsetki od podstawy opodatkowania, co znacznie zmniejszało koszt kredytu. W ten sposób państwo pomagało budownictwu mieszkaniowemu. Co prawda odsetki od kredytów wziętych do końca 2006 roku nadal można będzie odliczyć, ale co potem? Wielu decydentów zaspokoiło swoje potrzeby mieszkaniowe, korzystając z dużej ulgi budowlanej i ulg remontowych, a teraz młodym Polakom, którzy też chcą skorzystać z pomocy państwa, pokazują "gest Kozakiewicza". Właśnie to rozwiązanie jest naprawdę bardzo szkodliwe, bo młodzi ludzie zazwyczaj nie są bogaczami i z całą pewnością liczyli na tę ulgę. Teraz - wiedząc, że to może być ostatni rok, w którym będzie ona obowiązywała, będą za wszelką cenę kupować mieszkania.