Pewnego dnia, wiosną tego roku, wracałem samochodem do domu po całym dniu pracy. Stałem na światłach, kiedy zauważam rowerzystę zatrzymującego się z boku. To młody ojciec z małym chłopcem, siedzącym na foteliku z tyłu roweru. Mężczyzna wygląda na zagapionego, jakby nie dorósł do swojej roli. W lusterku widzę, że fotelik dziwnie odchyla się do tyłu. Nareszcie światło zmienia się na zielone. Stoję jeszcze czekając, aż samochody przede mną ruszą, potem rusza i rowerzysta. Patrzę z przerażeniem, jak fotelik mocno się chwieje i przechyla do tyłu. Dziecko, jakby czekając na wypadek, kuli się w sobie. Ruszam zdenerwowany. Moja droga do domu skręca w prawo, a rowerzysta jedzie prosto. Cały czas oczy mam utkwione w foteliku, który podczas jazdy coraz bardziej odłącza się od roweru. Jestem przekonany, że dziecko zaraz spadnie, a inne samochody jadą za rowerzystą jakby nigdy nic. Co zrobić? Zatrzymać się, wysiąść z samochodu, wybiec? Otworzyć okno i krzyczeć? Zawrócić? Złapać za telefon i zadzwonić do straży miejskiej? Nic z tego. Jadę dalej swoją trasą, błagając, żeby fotelik nie spadł.
Prowadzę samochód spokojnie. Dziwię się uczuciu wypracowanego opanowania. To jest uczucie, jakie miałem już kilka razy w swoim życiu. Zastanawiam się, co takiego poprzednio przeżyłem. Jadę dalej, kiedy nagle orientuję się, że nie dalej niż dziś rano przeżyłem podobne uczucie. Właściwie miało to miejsce, kiedy siedziałem na spotkaniu z kandydatem, który opowiadał mi o swoich planach zawodowych. Wiedziałem, że ma mylne zdanie o swoich możliwościach. Czułem coraz większy dyskomfort słuchając naiwności jego założeń. Wewnętrznie buntowałem się na myśl o ryzyku, jakie on podejmuje za siebie i swoją rodzinę, ale nic nie mówiłem. Już wiem, że nie da się zmienić planów zawodowych któregokolwiek kandydata w ciągu ostatnich pięciu minut rozmowy kwalifikacyjnej. Kandydat zbliża się do muru, a ja jadę z boku, swoją drogą. Patrzę i wyłączam współczucie.
W momencie, kiedy zatrzymuję się na kolejnych światłach, samochód mi gaśnie.
Oto jest przełom w mojej karierze. Kiedy ponownie uruchamiam samochód wiem, że mam za sobą ważną decyzję, że już nie chcę być headhunterem, ale coachem.
Opisane zdarzenia są fikcyjne