Indeksy na rynkach rozwiniętych stopniowo pną się w górę. Ruch ten nie jest zaskoczeniem, gdyż jak już pisaliśmy w poprzednich tygodniach zapowiadało go przebicie oporów wynikających ze szczytów z lipca i sierpnia, będących jednocześnie górnym ramieniem zwyżkującego trójkąta. Jest spora szansa, że zarówno amerykański S&P 500, jak i niemiecki DAX dotrą do szczytów z maja. Drogi do nich nie bronią bowiem żadne poważniejsze bariery. Dopiero na poziomie tych tegorocznych maksimów może się zatem rozegrać decydujące starcie. Przy obecnym tempie wzrostu można się spodziewać, że indeksy dotrą do oporów w ciągu najbliższych dwóch tygodni. Ta pozytywna

dla posiadaczy akcji tendencja może rodzić pytanie - dlaczego inwestorzy są tak optymistyczni, skoro wciąż mówi się o spowolnieniu amerykańskiej gospodarki? Odpowiedź na to pytanie nasuwa się, gdy spojrzymy na wykres S&P 500 nie w perspektywie miesiąca czy dwóch, ale w perspektywie pół roku. W tym czasie indeks niezbyt zmienił swą wartość. To widać w rocznej dynamice S&P 500, która wynosi obecnie niespełna 7 proc. wobec blisko 15 proc. na początku maja. Innymi słowy, rynek akcji od wielu miesięcy dyskontuje spowolnienie gospodarcze, a ostatnia zwyżka nie przesądza jeszcze o radykalnej zmianie nastawienia

inwestorów.

Dość stabilna tendencja wzrostowa na rynkach rozwiniętych sprawia, że wciąż w tyle znajdują się rynki wschodzące. W tym przypadku trudno mówić o trendzie wzrostowym, skoro wiele indeksów znajduje się na tym samym poziomie, co przed dwoma miesiącami. Przykładem tej stagnacji jest brazylijska Bovespa. Indeks znajduje się od końca czerwca w formacji przypominającej nieznacznie zwyżkujący kanał.

Marazm na rynkach wschodzących potwierdza, że obawy o wzrost gospodarczy nie znikły. Gdyby tak było, to właśnie te rynki powinny znacznie ruszyć w górę. W końcu przecież teoretycznie sprzyja im wstrzymanie podwyżek stóp procentowych w USA.