Z końcem przyszłego miesiąca Andrzej Podsiadło odchodzi z PKO BP, po czterech latach kierowania największym polskim bankiem. Prawdopodobnie wkrótce po nim z bankiem będzie musiała się pożegnać grupa bliskich współpracowników obecnego prezesa. Zastąpią ich już ludzie nowego prezesa PKO BP - ktokolwiek nim będzie. W państwowych spółkach skarb państwa ogranicza się na ogół do powołania rady nadzorczej i ścisłego kierownictwa firmy - jej prezesa i zarządu. Tak się też stało w przypadku PKO BP - w nowej, siedmioosobowej radzie banku jest sześciu nowych członków powołanych przez resort skarbu. Zdążyła ona już wymienić prawie połowę zarządu PKO BP. Co do reszty kadr - decydujące słowo ma prezes.
Karuzela już się kręci
A będzie miał co obsadzać. W PKO BP jest obecnie 10 dyrektorów zarządzających, 32 departamenty i 3 samodzielne biura. Nie licząc podmiotów zależnych i regionów, daje to prawie setkę menedżerów samego kierownictwa PKO BP. Zresztą wymiana kadr tak naprawdę zaczęła się już z przyjściem w grudniu ub.r. wiceprezesa Sławomira Skrzypka, który określany jest szarą eminencją w zarządzie PKO BP. - Fluktuacja kadr jest ogromna. Niemal nie ma tygodnia, by do banku nie przychodził ktoś nowy - mówi proszący o anonimowość jeden z menedżerów PKO BP.
Desant z PBK
Zmiany nie powinny nikogo dziwić. Kilka lat temu obecny prezes PKO BP przeprowadził w banku podobną rewolucję kadrową. Kiedy pod koniec 2001 r. krakowski Bank Przemysłowo-Handlowy przejmował warszawski PBK, w zarządzie połączonego banku zabrakło miejsca dla A. Podsiadły - wówczas prezesa PBK. W podobnej sytuacji znalazło się wielu menedżerów PBK - w połączonych strukturach większość czołowych stanowisk objęli bowiem bankowcy związani z BPH. Były prezes PBK nie czekał długo na nową pracę. Pół roku później ówczesny minister skarbu Wiesław Kaczmarek powierzył mu kierowanie PKO BP. Podsiadło nie zapomniał o swoich byłych współpracownikach z PBK.