W artykule przedrukowanym ostatnio przez tygodnik "Europa" amerykański politolog Francis Fukuyama opisuje obecną sytuację gospodarczo-polityczną Wenezueli. Ten kraj ropą naftową stoi, a w zasadzie ropą stoi jego ekonomia. Dzięki surowcowi trzyma się mocno quasi-dyktatura Hugo Chaveza, tak jak wcześniej utrzymywała się w miarę stabilna (jak na południowoamerykańskie standardy) demokracja. Co ciekawe, przejście od jednej formy rządów do drugiej nastąpiło naturalnie i bez większego wstrząsu dla społeczeństwa. Jednak, jak zauważa Fukuyama, ze stabilnej sytuacji politycznej nie wynikała nigdy zdrowa sytuacja gospodarcza. Dzięki posiadaniu bogatych złóż Wenezuela "została uwolniona od konieczności budowy nowoczesnej gospodarki", a wszystkie gałęzie przemysłu, poza naftowym, straciły zdolności konkurencyjne na globalnym i dalej globalizującym się rynku. Stąd wciąż duże rozwarstwienie majątkowe i niski poziom życia. Rządy w Wenezueli zapewniają spokój społeczny "metodą społecznego rozdawnictwa, na które mogą sobie pozwolić dzięki strumieniowi petrodolarów".
Rzeczywiście, obecna dyktatura podjęła kilka inicjatyw, które wyrównują istniejące w społeczeństwie nierówności, jak budowa szpitali w biednych dzielnicach czy dopłaty do żywności dla ubogich. Chavez określa model społeczno-ekonomiczny, panujący w kraju jako "chavismo" i wszem wobec twierdzi, że przewyższa on demokrację liberalną, będąc modelem idealnym. Tym samym polemizuje ze znaną tezą samego Fukuyamy, który uważa, że gospodarka rynkowa w połączeniu z demokracją stanowi docelowy kierunek rozwoju społeczeństw - "koniec historii", jak to określił w latach 80. ówczesny profesor z San Francisco. Obecnie, w odniesieniu do Wenezueli, przewiduje upadek "chavismo" razem ze spadkiem cen ropy. Jednak negatywne konsekwencje sytuacji, w której państwo nie stymuluje aktywności gospodarczej wśród obywateli, nie dokonuje żadnych trwałych inwestycji, a przy okazji nie dba o dyscyplinę budżetową, będą trwały.
Czy przykład Wenezueli może mieć jakieś odniesienie do obecnej sytuacji Polski? Choć marzenia o naftowej potędze nie są na razie podparte realnymi możliwościami, nasza gospodarka od dwóch lat otrzymuje potężny zastrzyk eurodotacji (zamiast petrodolarów). Wielu rządzącym wydaje się więc, że te "łatwe" pieniądze w dużej mierze zdejmują odpowiedzialność za budowanie szerokiej i dalekosiężnej strategii rozwoju. Strumień kasy szybko się nie wyczerpie, więc pofolgować można różnym społecznym zachciankom, rozdać trochę kosztownych prezentów.
W Polsce, podobnie jak w południowoamerykańskiej "dyktaturze", coraz bardziej widać tendencję do kierowania gospodarką przez odgórne regulacje i rozdmuchuje się aparat administracyjny. Indywidualna aktywność staje się podejrzana, bo nie jest przecież potrzebna. Autostrady i mieszkania równie dobrze może budować państwo, analizy ekonomiczne niech robią państwowe instytuty, banki powinny z powrotem stać się powszechnymi kasami dla ciułaczy, a drobni sklepikarze otrzymają kasjerki "z przydziału". Wszystko to sfinansuje Unia, a najlepszą kontrolę nad przepływem pieniędzy będzie miał wykwalifikowany..., przepraszam, wyznaczony urzędnik. Nie ma powodu by wspierać kiełkującą klasę średnią, bo jest ona konkurentem dla państwa w pozyskiwaniu europejskich funduszy. Przesadzam? Zapewne nieco tak, ale wbrew zapowiedziom Polski w najbliższym czasie nie czeka żadna rewolucja. Prawdopodobne jest za to systematyczne podważanie dorobku ostatnich 17 lat. I nie chodzi tu wcale o wielką politykę, ale o małe i średnie biznesy prywatnych osób, tak samo drobne sukcesy lokalnych władz. A szczególnie o współpracę jednych i drugich, która wbrew arbitralnym stwierdzeniom, nie zawsze skażona jest patologią. Obecnie praca i współpraca z "ludem" może rzeczywiście wydawać się niepotrzebna. Gorzej, kiedy desery się skończą, a my staniemy się grupą gospodarczych i społecznych analfabetów.