Reklama

Julian Robertson: Czarodziej z Wall Street

Julian Robertson to jeden z największych zwycięzców, a zarazem największych przegranych z Wall Street. W latach 80. udało mu się "zamienić" 8 milionów dolarów w 8 miliardów. Zarządzał jednym z najpotężniejszych funduszy inwestycyjnych świata. Do czasu. W latach 90. utracił 20 z 26 miliardów, które oddali mu w zarządzanie klienci funduszu

Publikacja: 29.09.2006 09:13

Robertson ma obecnie 73 lata. Urodził się w 1933 roku w Stanach Zjednoczonych. Po ukończeniu Uniwersytetu w Południowej Karolinie i odsłużeniu tego, co musiał w armii, podjął pracę jako makler papierów wartościowych.

Cudowny Tiger

To właśnie akcje stały się tym, co w krótkim czasie pozwoliło Robertsonowi przemienić się ze zwykłego brokera w prawdziwego tytana światowych rynków finansowych. Głównym narzędziem, dzięki któremu Julian Robertson odniósł sukces, był Tiger Management, fundusz inwestycyjny o światowym zasięgu. Pieniądze klientów lokowane były w niemal wszystkie możliwe instrumenty, począwszy od akcji, przez towary i waluty, na derywatywach skończywszy. Świetne wyniki funduszu i wysokie stopy zwrotu ciągle kusiły nowych klientów. I to klientów nie byle jakich, ponieważ Tiger Management był funduszem wyłącznie dla wyjątkowo zamożnych. W ciągu 15 lat Robertsonowi udało się zamienić 8 milionów dolarów w 8 miliardów. Dzięki obecności na całym świecie, fundusz Tiger mógł uczestniczyć we wszystkich istotniejszych trendach w gospodarce - począwszy od hossy w Europie po obaleniu Muru Berlińskiego, aż do zamieszania na rynku funta w 1992 roku.

W szczytowym momencie swojej popularności, Robertson został nazwany Czarodziejem z Wall Street. Jako dyrektor Tiger Management otrzymywał też sowite wynagrodzenie. W 1993 roku jego osobisty majątek przekroczył miliard dolarów, a w całym funduszu zostało zgromadzone 26 miliardów USD. Wówczas jednak coś zaczęło się psuć.

Gdy minął I kwartał 1994 roku Julian Robertson w liście do udziałowców Tiger Management Fund napisał "najlepsze, co możemy powiedzieć o I kwartale 2004 roku, to fakt, że już się skończył". Wycena aktywów spadła o 9 proc., co było wynikiem wręcz tragicznym w porównaniu z niezwykle udanym 1993 rokiem, kiedy to zarządzający funduszem zarobili przeszło 80 proc.

Reklama
Reklama

Gorsze rezultaty funduszu sprawiły, że pierwsi inwestorzy zaczęli się wycofywać. Kolejni uciekli w 1995 roku, gdy okazało się, że fundusz zachował się o 20 proc. gorzej niż S&P500. I chociaż w 1996 roku Robertsonowi udało się zarobić 17 proc., to już wkrótce wyniki funduszu znów staczały się po równi pochyłej. Czarny dzień nastąpił 8 marca 1997 roku, kiedy słynny inwestor stracił 200 milionów podczas nieudanej transakcji na amerykańskich obligacjach.

Szef przyczyną problemów

Pomimo wysiłków, nic ani nikt nie był w stanie przełamać złej passy. A próbowano wielu rzeczy - od zaangażowania analityków z Morgan Stanley & Co. do zatrudnienia psychiatry na potrzeby pracowników. Jak to możliwe, że historia Czarodzieja z Wall Street w kilka lat z opowieści o sukcesach stała się dramatem?

Kluczem do zrozumienia problemu stała się sztywna i niewydajna struktura firmy. Najmocniejszą stroną Tiger Management byli zawsze analitycy. Robertson tak dobierał pracowników, by byli oni nie tylko bardzo kompetentni, ale także oddani sprawie. Jeżeli Tiger wystawiał jakąś rekomendację, można było mieć pewność, że problem nie został potraktowany powierzchownie. Jednym z najlepszych "nabytków" firmy pod tym względem była Katrin Yaghoubi. Zanim, na przykład, podjęła decyzję o zarekomendowaniu akcji firmy Avon, sama podjęła w niej pracę jako akwizytorka. Brała udział w prezentacjach i zamówiła 35 katalogów, żeby dobrze zapoznać się z ofertą. Cokolwiek by sądzić o takim podejściu, to na pewno nie wolno powiedzieć, że jest nierzetelne.

Jednak to właśnie w kwestiach personalnych wystąpiły największe problemy. Despotyczny i trudny w kontaktach charakter Juliana Robertsona utrudniał swobodę działania zarządzających aktywami. Wszystkie rekomendacje, nad którymi analitycy pracowali, musiały być tak formułowane, żeby można je było przekazać w trzech zdaniach. Na więcej Robertson nie dawał im czasu. Ponadto dopuszczał ich do siebie tylko, gdy on uznał to za stosowne. Taki proces decyzyjny sprawiał, że okazje do kupna niejednokrotnie znikały, zanim Robertson je rozważył. Co gorsza, zniechęcał też najlepszycWielu z nich, zrażonych przez autorytarnego szefa opuściło fundusz. I właśnie to stało się przyczyną upadku Tiger Management. W 1998 roku z niedawnych 26 miliardów zostało zaledwie sześć.

Innym problemem był fakt, że Robertsonowi nie udało się to, co udało się George?owi Sorosowi. Nigdy tak naprawdę nie potrafił wykorzystać zmiany skali. Nie pojął władzy, jaką daje możliwość tworzenia trendów, zamiast podążania za nimi. Nie uchwycił chwili, gdy dzięki ogromnemu kapitałowi sam mógł się stać niewidzialną ręką rynku.

Reklama
Reklama

Analiza techniczna to za mało

Chociaż Julian Robertson ze względu na popełnione przez siebie błędy należy do największych przegranych z Wall Street, to przecież wcześniej udało mu się zgromadzić 26 miliardów dolarów. Może wiźc mimo wszystko warto przyjrzeć się, czym kierował się Czarodziej z Wall Street w drodze do swojej fortuny.

Przede wszystkim Robertson nigdy nie polegał na analizie technicznej. Uważał, że gracze studiujący tylko wykresy mogą mieć swoje dni, ale nie wierzył w możliwość odniesienia sukcesu w ten sposób w długim terminie. Formacje, efekty stycznia, trendy, dla Robertsona to wszystko były tylko zaskakujące zbiegi okoliczności, które mogły, ale nie musiały się powtórzyć.

Słynny inwestor starał się nigdy nie kierować opinią innych. Nie uznawał żadnych autorytetów, chociaż utrzymywał kontakt z wieloma znaczącymi osobami na rynkach kapitałowych, między innymi z Warrenem Buffettem. Dla Robertsona najistotniejsza była własna wycena i własne przekonanie, że robi dobrze. Jeżeli był pewien, że podejmuje dobrą decyzję, lokował w danym papierze naprawdę duże kwoty, a dywersyfikacja schodziła dopiero na drugi plan.

Ponad jakiekolwiek wyceny, Robertson cenił jednak informacje z wnętrza spółki. Jeżeli przykładowo w firmie pracował jego znajomy i mówił, że w przedsiębiorstwie dzieje się dobrze, to dla Czarodzieja z Wall Street była to bardzo cenna wskazówka. Podobnie zresztą traktował opinie klientów. Jeśli jego żona wyraziła się pochlebnie o jakimś artykule, jego producent z pewnością nie mógł umknąć uwadze słynnego inwestora.

Bardzo ważna była też otwartość na nowe rzeczy i pomysły, chociażby w kwestii doboru instrumentów. Robertson, w przeciwieństwie do Buffetta, nie zrezygnował z żadnych możliwości lokowania kapitału. Dawało mu to szansę, że znajdzie dobre okazje do zarobienia pieniędzy nawet w skrajnie niekorzystnych wa-runkach.

Reklama
Reklama

Niewesołe prognozy

Pomimo swojej wielkiej porażki Robertson wciąż ma na Wall Street ogromny autorytet. Nieraz zdarzało się już, że tylko z powodu jego pojedynczej wypowiedzi Dow Jones nurkował o 50 punktów w dół. Nic w tym specjalnie dziwnego, skoro dotychczas udawało mu się przewidzieć niemal każdy cykl ekonomiczny, każdą hossę i każdą bessę. Tym bardziej przeraża fakt, że znany inwestor głosi ostatnio coraz bardziej apokaliptyczne wizje. Julian Robertson zapytany w 2005 roku w trakcie wywiadu dla CNBC, jakie widzi perspektywy dla gospodarki, odpowiedział: "Totalny światowy kryzys gospodarczy". Sąd dość radykalny i niemal spiskowy. Czarodziej z Wall Street jest szczególnie zaniepokojony bańką spekulacyjną na amerykańskim rynku nieruchomości, z której finansowane jest 25 proc. amerykańskiej konsumpcji.

Skutki pęknięcia spekulacyjnego bąbla mają być katastrofalne. Pośród nich Robertson wymienił na przykład wzrost cen złota do 5000 dolarów za uncję i 2- albo nawet 3-cyfrową inflację w USA. Dalej inwestor wymienia także całkowity upadek opieki społecznej i zdrowotnej, zniszczenie środowiska naturalnego i ustąpienie przez demokrację w USA miejsca dyktaturze. Słowem, przyszłość według Juliana Robertsona nie maluje się wesoło.

Życiorysy słynnych inwestorów często wyglądają jak prawdziwy amerykański sen. Warren Buffett swój interes rozpoczął od zaledwie 100 dolarów. George Soros, zanim został miliarderem, był uciekinierem z komunistycznych Węgier i na Zachód przybył bez większych perspektyw. Lecz lekcja Juliana Robertsona pokazuje jeszcze jedno, że historie te nie zawsze muszą mieć szczęśliwe zakończenie.

fot. Bloomberg

Reklama
Reklama

JULIAN ROBERTSON

Urodzony w 1933 roku w USA. Założyciel jednego z największych funduszy hedgingowych na świecie. Znany jako Czarodziej z Wall Street. W latach 90. z powodu nieudanych transakcji stracił

20 z 26 miliardów aktywów, którymi zarządzał.

Założyciel

i dyrektor Tiger Management Corporation

Reklama
Reklama

Udało mu się zamienić

8 milionów dolarów, którymi dysponował

w latach 80.,

w 8 miliardów dekadę później.

W 1996 roku

Reklama
Reklama

na skutek źle obstawionej pozycji na amerykańskich bonach skarbowych stracił jednego dnia 200 milionów dolarów.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama