Oczekiwanie na 12 000 punktów średniej przemysłowej Dow Jones trwa. Psychologiczna bariera miała pęknąć już w piątek, ale plany pokrzyżował konglomerat General Electric, który rozczarował rynek prognozami finansowymi, i Departament Handlu, który ogłosił niekorzystne dane o sprzedaży detalicznej. W czwartek po raz pierwszy w historii Dow Jones przekroczył poziom 11 900 punktów, ale wszyscy liczyli, że zdoła podnieść się o niespełna pół procent i przejść przez kolejną granicę. Samo otwarcie sesji jednak nie dało na to wielkich nadziei: najstarszy giełdowy indeks świata spadł o ok. 0,3 proc. Inwestorzy zareagowali w ten sposób m.in. na wyniki finansowe drugiej co do wielkości spółki na amerykańskim rynku. Konglomerat GE co prawda zwiększył kwartalny zysk o 10 proc., czym spełnił oczekiwania analityków, ale obniżył prognozy finansowe. Akcje GE spadły o ok. 1,5 proc. Duże znaczenie dla inwestorów miały też dane o sprzedaży detalicznej. Ogółem sprzedaż spadła w minionym miesiącu o 0,4 proc., ale pomijając wydatki na benzynę podskoczyła o 0,6 proc., bo konsumenci wydawali więcej na odzież czy materiały budowlane. Amerykański bank centralny (Fed) dostał więc do ręki kolejny argument, że gospodarka wcale nie zwalnia i mogą być konieczne kolejne podwyżki stóp procentowych. Taki rozwój wydarzeń nie będzie sprzyjać inwestycjom w akcje. Więcej wrażeń mieli w piątek inwestorzy w Europie. Na pięcioletni szczyt, przebijając maksimum z maja, wspiął się brytyjski indeks FTSE-100, a niemiecki DAX, który to samo uczynił dzień wcześniej, kontynuował marsz w górę. Choć dynamika zwyżek nie była duża - FTSE-100 zyskał 0,5 proc., a DAX 0,2 proc. Lekko spadły notowania akcji w Paryżu. W dotarciu na nowe szczyty pomógł m.in. wzrost notowań koncernów naftowych. Największy z nich, brytyjski BP, zyskał 2,4 proc., a akcje norweskiego Statoila podskoczyły nawet o ponad 3 proc. Inwestorzy docenili te papiery po ponownej zwyżce cen ropy, której baryłka kosztowała w piątek ok. 58,5 dolara.