Pomysł, by połączyć największy rodzimy bank z polskim potentatem ubezpieczeniowym (lub dyktatorem, jak mówią złośliwi), nie jest nowy. Nie jest też wymysłem obecnego rządu. Kilka lat temu, podobny pomysł wypłynął przy okazji kłopotów kredytowych Stoczni Szczecińskiej. Premier i ministrowie publicznie łajali prywatne (czytaj: zagraniczne) banki, że zakręciły finansowy kurek i nie chcą łożyć swoich (akcjonariuszy) pieniędzy na finansowanie upadającego molocha. Antidotum miała być koncepcja powołania na bazie największych rodzimych instytucji finansowych giganta pozostającego pod państwową kontrolą, który hojną ręką wspierałby rządowe pomysły. Jak wiemy, do takiego aliansu nie doszło.

Minęło kilka lat, zmieniła się ekipa rządząca, a polityków wciąż kusi wizja połączenia największych polskich instytucji finansowych. Łącząc PKO BP z PZU, resortowi skarbu udałoby się upiec nawet więcej niż dwie pieczenie na jednym, finansowym, rożnie. Po pierwsze, pozbędzie się z akcjonariatu PZU niechcianego inwestora (Eureko). Po drugie, utrzyma kontrolę nad największą instytucją finansową w kraju i dzięki jej pieniądzom będzie mógł realizować własne koncepcje gospodarcze i społeczne. Gigantyczna dywidenda zawsze pomagałaby łatać dziurę budżetową. Ewentualne "korzyści" można mnożyć i nie nam je oceniać. Fakt, że w PKO BP oszczędności ulokowały miliony Polaków, akcje banku kupiły dziesiątki tysięcy drobnych inwestorów, a ich pieniądze mogą posłużyć na zaspokojenie ambicji kilku polityków, ministrów i prezesów - to już zupełnie inna sprawa...