3. Indeks ISM, obrazujący aktywność sektora przemysłu w USA (spadek do 51,2 proc. wobec prognozy 53,0 proc.), który spadł do poziomu najniższego od czerwca 2003 r. i wyraźnie widoczny był tutaj wpływ spowolnienia w sektorze nieruchomości. Tylko 8 z 18 sektorów przemysłu odnotowało wzrost w październiku;
4. Dynamika nowych zamówień w przemyśle wyniosła jedynie 2,1 proc. wobec prognoz 3,6 proc. Bez środków transportu wygląda to jeszcze gorzej, bo mamy drugi z rzędu spadek i to aż o 2,4 proc.;
5. Wzrost wydajności pracy w III kwartale spadł do zera (rok do roku wzrost 1,3 proc., czyli najwolniej od 1997 r.), co jest zwiastunem niższych zysków spółek, a do tego przestanie pomagać w zwalczaniu choroby zwanej inflacją;
6. Koszty pracy wzrosły 3,8 proc., a w ostatnim roku 5,3 proc, czyli najszybciej od 16 lat, co albo wymusi podwyżkę cen towarów i usług, albo zmniejszy zyski spółek.
Warto też wspomnieć o dynamice wydatków na inwestycje budowlane, która publikowana 1 listopada nie wywołała większego zainteresowania polskich inwestorów, mimo że wyniosła minus 0,3 proc. Do tego National Association of Realtors poinformowało o spadku o 1,1 proc. we wrześniu (13,6 proc. w ostatnim roku) indeksu obliczanego w oparciu o liczbę podpisanych przedwstępnych umów sprzedaży domów. To pokazuje, że także w kolejnych miesiącach nie zobaczymy lepszych danych z rynku nieruchomości. Przed tym samym ostrzega Mortgage Bankers Association, która publikuje liczbę wniosków o kredyt hipoteczny i jego refinansowanie. W zeszłym tygodniu liczba wniosków spadła o 3 proc. (11,2 proc. w ostatnim roku) i to pomimo ostatniego wyraźnego spadku oprocentowania kredytów.
W morzu danych nie brakowało też pozytywnych informacji, ale nawet jeśli wszystkie inne publikacje były świetne, to te dane (w zestawieniu ze skalą wykupienia na amerykańskich parkietach) powinny doprowadzić do znacznie głębszej korekty na indeksach. Jej brak niektórzy tłumaczą spiskową teorią, która głosi, że administracji rządowej przed listopadowymi wyborami tak samo silnie zależy na taniej ropie, jak i na dobrych zrewidowanych danych z rynku pracy, oraz na utrzymaniu indeksów przy szczytach. To, oczywiście, niezbyt racjonalne wytłumaczenie. Źródeł tej odporności amerykańskich parkietów upatrywałbym z jednej strony - w najkorzystniejszym dla rynku akcji okresie, a z drugiej - w spadku rentowności amerykańskich obligacji, które dyskontują spowolnienie gospodarki i nadchodzące obniżki stóp procentowych. Rentowność 10-letnich obligacji spadła w środę do 4,551 proc. czyli była zaledwie 0,021 proc. powyżej wrześniowego dołka. Oczywiście, nie można wszystkiego sprowadzać do stwierdzenia, że im niższa rentowność, tym korzystniej dla rynku akcji. Należy jednak pamiętać, że obecna fala wzrostowa na indeksach rozpoczęła się tuż po tym, jak rentowność ustanowiła szczyty na przełomie czerwca i lipca (5,245 proc), rozpoczynając systematyczny spadek do 4,53 proc. we wrześniu. Względem bezpiecznych inwestycji akcje stawały się coraz atrakcyjniejsze. Stąd można wyciągnąć wniosek, że w krótkim terminie piątkowy raport z rynku pracy wcale nie musi być korzystny dla rynku akcji. Przypomnę, że choć dane o liczbie nowych miejsc pracy za październik były rozczarowujące, to rewizja poprzednich dwóch miesięcy w sumie o +139 tys. wynagrodziła wszystko z nawiązką. Dzięki tym rewizjom trzeci miesiąc z rzędu trzymiesięczna średnia przekroczyła magiczne +150 tys., które uważa się za poziom faktycznej poprawy na rynku pracy. Wobec spowolnienia na rynku nieruchomości i związanych z tym niższych wydatków konsumentów, dane te są zbawieniem dla amerykańskiej gospodarki. I w tym miejscu rynek akcji ma największy dylemat.