Zyski ze sprzedaży akcji, kupionych na giełdzie lub w ofercie publicznej przed 1 stycznia 2004 roku, powinny być zwolnione z podatku, bez względu na to, czy chodzi o zwykłą transakcję giełdową, czy o tzw. wezwania, w ramach których spółki przejmują swoje papiery, żeby je umorzyć. Od kilku lat prezentowaliśmy na łamach "Parkietu" takie właśnie stanowisko. W sprawie wezwań fiskus najpierw nie wiedział, co zrobić - różne urzędy, w tym oddalone o kilka ulic od siebie, podejmowały różne decyzje. Potem przyjął "jedynie słuszną" interpretację - niekorzystną dla inwestorów. W efekcie obdarowywał ulgą sprzedających akcje na giełdzie (choćby je kupowała spółka w celu umorzenia), a karał podatkiem odpowiadających na wezwania.
Oczywiście fiskus postępował nielogicznie - cóż za niespodzianka. Na dodatek, jego decyzje biły w taką formę skupu akcji w celu umorzenia, która jest przejrzysta i uczciwa. No i biły w tysiące inwestorów, sprzedających dawno kupione akcje w wezwaniach ogłaszanych przez NFI, czy inne spółki giełdowe. Tylko od jednej - NFI Piast - urząd upomniał się o 3 mln zł z odsetkami.
Zachęcaliśmy inwestorów, by nie dali się oszwabić. Niektórzy posłuchali. I dziś są górą. Sąd przyznał im rację. Po co więc była ta wojna nerwów? I ile może ona teraz fiskus kosztować (z odsetkami rzecz jasna)? I jak urzędnikom przemówić do rozsądku? Może niechby za karę codziennie przed rozpoczęciem pracy w obecności swych przełożonych, świecących przykładem, garść siemienia konopnego spożywali. Dlaczego? Bo - jak mawiał Zagłoba - w konopiach oleum się znajduje, przez co i w głowie jedzącemu go przybywa. Szczęście, że sędziom oleum nie brakuje.