Piątek był dniem wygasania kontraktów terminowych, więc gdzieś w podświadomości każdy gracz prawdopodobnie dopuszczał możliwość jakichś niespotykanych czy też zaskakujących, ruchów indeksów. Jednak chyba mało kto spodziewał się aż takich "cudów", jakie miały miejsce wczoraj do godziny 11.00.
Przy spokojnie rosnących głównych europejskich indeksach, przy wyraźnie zwyżkującym węgierskim BUX-ie, dzień po rekordzie wszech czasów średniej przemysłowej, przez warszawską giełdę przetoczyła się fala wyprzedaży. W jej efekcie WIG20 spadł do 3312,5 pkt, co oznaczało zniżkę o 2,5 proc. To jeszcze nie mogło zaskakiwać. Prawdziwym szokiem było to, co stało się z indeksem średnich spółek. Dotychczas jawił się on jako prosta maszynka do robienia pieniędzy. W piątek ta maszynka się zacięła. W pewnym momencie MIDWIG tracił bowiem 5,5 proc.
Wczoraj nie było jednak "czarnego piątku" na GPW. Od godziny 11.00 zaczęło się powolne kupowanie akcji. Ostatecznie na
zamknięciu WIG20 z nawiązką
odrobił straty, kończąc dzień