Prezesem PKO BP, największego banku w kraju, ma zostać Kazimierz Marcinkiewicz. Dla wszystkich - były premier. Dla bankowców - osoba, która z ich branżą w żaden sposób się nie kojarzy. Czy doświadczenie w kierowaniu rządem, ale nie instytucją finansową, okaże się wystarczające, by można było zostać prezesem? Zobaczymy. W całej "sprawie Marcinkiewicza" niepokojące jest jednak coś zupełnie innego.
Zobaczmy, w jaki sposób są wybierani prezesi takich firm, jak PKO BP. Mimo deklaracji, że na stanowisko będzie powołany najlepszy z możliwych kandydatów (podobno rozmowy z kilkoma bankowcami na temat prezesury PKO BP wciąż trwają), o obsadzeniu fotela decyduje się na dwu-, może trzyosobowych spotkaniach z udziałem premiera. Oczywiście, chodzi o firmę kontrolowaną przez państwo. Ale też o jedną z największych spółek giełdowych, której akcjonariuszom nie jest obojętne, czy szef zarządu jest zainteresowany powiększaniem zysków i wzrostem zasobności ich portfeli, czy może raczej dbaniem o własny wizerunek.
Tu czai się kolejne niebezpieczeństwo. Czy Kazimierz Marcinkiewicz zdecyduje się wycofać z polityki? Trudno sobie wyobrazić, że mógłby tak nie zrobić. Trudno sobie bowiem wyobrazić, w jaki sposób można połączyć role polityka w kraju i prezesa poważnej komercyjnej instytucji finansowej. To po prostu dwie funkcje nie do pogodzenia. Tak przynajmniej myślano do tej pory. Czy Kazimierz Marcinkiewicz okaże się pionierem?