To tytułowe pytanie dzisiejszego komentarza zadają sobie niemal wszyscy uczestnicy najróżniejszych rynków na świecie. I to nie tylko finansowych. Mimo ciągle rosnącego udziału Azji w światowej gospodarce, mimo dużych ambicji Starego Kontynentu, to od amerykańskich konsumentów nadal bezpośrednio zależy niemal jedna piąta globalnego wzrostu. W tej sytuacji uczestnicy rynku z napięciem wyczekują na publikacje kolejnych danych makroekonomicznych zza oceanu. W rytm ruchów amerykańskich indeksów giełdowych lub pochodnych na te indeksy poruszają się indeksy światowe, w tym polskie. Trudno więc przecenić wpływ stanu gospodarki USA na nasze portfele inwestycyjne.
A Ameryka znalazła się na rozdrożu. Z jednej strony mamy poważne wyhamowanie największej gospodarki świata do poziomu 2 proc. w III kwartale ubiegłego roku i zapaść na rynku nieruchomości niewidzianą od około 20 lat. Z drugiej zaś stosunkowo wysoką inflację bazową (2,6 proc.), uniemożliwiającą na razie obniżki stóp procentowych, bezrobocie (4,5 proc.) zbliżone do historycznego minimum. Dorzućmy jeszcze do tego bardzo wysokie wykorzystanie mocy produkcyjnych (82 proc.) i relatywnie wysokie (jak na ostatnie dwadzieścia kilka lat hossy) stopy procentowe. Mamy już taki galimatias, tak niespójny obraz, że przyprawia on analityków o ból głowy.
Najprościej sytuację w USA można wytłumaczyć przejściowym (w okresie boomu) osłabieniem gospodarki. Po krótkotrwałej recesji na przełomie 2001 i 2002 roku oraz bezprecedensowym obniżeniu głównej stopy procentowej FED do 1 proc. gospodarka w miarę stabilnie przyspieszała aż do połowy ubiegłego roku. Wtedy rozpoczął się wspomniany krach na rynku nieruchomości i hamowanie tempa rozwoju. Można by powiedzieć, że to zdarzało się już nie raz. Zamiast krachu na rynku nieruchomości występował np. krach na giełdzie (1987) lub inny czynnik, jak wybuch wojny (1990) czy regionalny kryzys gospodarczy (1997). Dosyć szybko sytuacja wracała do normy. Gospodarka znów przyspieszała, zaufanie konsumentów rosło. Dzięki temu Ameryka może określić generalnie ostatnie ćwierćwiecze jako czas prosperity.
Słaby (jak na USA) wzrost PKB i wysokie stopy to nieprzyjemna dla gospodarki mieszanka. Jeśli dodamy inflację znacznie przekraczającą wyznaczony cel, wydrenowany rynek pracy i wysokie wykorzystanie mocy wytwórczych, to kłopot robi się podwójny. USA mają po prostu bardzo mało rezerw do szybkiego odbudowania wzrostu gospodarczego na pożądanym średnim poziomie 3,0-3,5 proc. Na razie najważniejszy dla amerykańskiego PKB popyt konsumpcyjny (2/3 PKB) utrzymuje się na przyzwoitym poziomie, nawet przy zapaści na rynku nieruchomości, dzięki niskiemu bezrobociu i dobrej kondycji rynku akcji. Ale co będzie, jeśli rynek nieruchomości nie odrodzi się szybko, a firmy ze względu na ograniczone wolne moce i wysokie koszty (inflacja plus niskie bezrobocie) obniżą zyski?
Amerykanie jak dotąd zachowują zimną krew i ufają w skuteczność polityki monetarnej. Wiara w FED i w żywotność największej gospodarki świata są tak wielkie, że przy wyraźnym wyhamowaniu wzrostu PKB w II połowie 2006 r. indeks S&P500 wzrósł o ponad 15 proc. Tłumaczy się tę giełdową hossę nadzieją na "miękkie lądowanie" gospodarki, czyli spowolnienie, ale bez recesji. Nadzieja ta ma, moim zdaniem, swoje podstawy w elastyczności rynku, kreatywności menedżerów i w miarę powszechnym rozumieniu podstawowych zasad ekonomii. Bo twarde i suche dane ekonomiczne przemawiają raczej za znacznie mniej pozytywnym scenariuszem.