Złe dane z rynku nieruchomości i słabszy odczyt indeksu zaufania konsumentów to kolejne w tym tygodniu rozczarowujące informacje dotyczące amerykańskiej gospodarki. Tak, jak poprzednie, nie zrobiły na inwestorach giełdowych większego znaczenia. Wiara w miękkie lądowanie znów przeważyła. Patrząc jednak realnie, napływające informacje są niepokojące i skłaniają raczej do przekonania, że mamy do czynienia z zaślepieniem inwestorów niż do końca racjonalnym działaniem. Taka sytuacja grozi tym, że nawet prozaiczna przyczyna może wywołać większą podaż. Tym bardziej że fundusze inwestycyjne w USA są bardzo mocno zaangażowane w akcje. W portfelach w grudniu jedynie 3,9 proc. stanowiła gotówka. Tak niski poziom występował jedynie w grudniu 2005 r. oraz w okresie lipiec - wrzesień 2005 r. Za każdym razem taka sytuacja trafnie wskazywała na brak potencjału zwyżkowego amerykańskiej giełdy. Spadała w okresie od początku sierpnia do połowy października 2005 r., a początki 2006 r. przyniosły ślamazarny wzrost zakończony rozpoczętą w pierwszej połowie maja silną wyprzedażą. W kontekście ostatnich danych wskazujących na zdecydowane redukowanie zaangażowania w amerykańskie akcje inwestorów spoza USA ta sprawa nabiera dodatkowego znaczenia. Natomiast ze względu na to, że spowolnienie amerykańskiej gospodarki było w największym stopniu wynikiem załamania rynku nieruchomości, bardzo słabe dane o liczbie rozpoczętych budów rzutują na kwestię odradzania się gospodarki. Widać, że ustabilizowanie się rynku nieruchomości zajmie jeszcze sporo czasu. Można też przypuszczać, że nie w pełni ujawniły się jeszcze konsekwencje trwającego od kilku miesięcy załamania. Więc i skutki dla gospodarki i poszczególnych jej sektorów mogą być dalej widoczne. Z technicznego punktu widzenia w sytuacji S&P 500 nic się nie zmieniło. Ślamazarny ruch w górę ma szanse, trwać dopóki indeks nie spadnie poniżej strefy 1410-1420 pkt.