Wzrost notowań ropy naftowej do rekordowych poziomów jest potwierdzeniem panującego na rynku przekonania, że nawet podwyższenie poziomu wydobycia surowca przez OPEC nie zaspokoi popytu w czasie sezonu grzewczego na półkuli północnej, rozpoczynającego się za miesiąc-dwa. Wzrost limitów OPEC, uzgodniony we wtorek, nastąpi dopiero od listopada, gdy tymczasem zapasy ropy są coraz mniejsze. Wczoraj amerykański Departament Energii przedstawił najnowsze dane, z których wynika, że w zeszłym tygodniu amerykańskie rezerwy surowca stopniały o 7,01 mln baryłek, czyli prawie trzy razy bardziej, niż oczekiwali analitycy. Bezpośrednią reakcją na takie dane był wzrost cen ropy w Nowym Jorku powyżej 80 dolarów (do 80,18 USD), co stało się po raz pierwszy w historii. W Londynie za ropę Brent płacono po 76,94 USD, ale wczorajsza sesja też była już kolejną, kiedy ceny szły w górę. Specjaliści zarzucają OPEC, że kartel czekał z decyzją zbyt długo i że wzrost wydobycia powinien być bardziej zdecydowany. Natomiast coraz mniejsze zapasy potwierdzają, że mimo spowolnienia na rynku nieruchomości i trudniej dostępnego kredytu, Amerykanie nie zamierzają ograniczać wydatków na paliwa. W takiej sytuacji nic nie stoi na przeszkodzie, żeby notowania ropy dalej się pięły.

Zwłaszcza że sezon huraganów w USA jeszcze nie minął i dostawy z rejonu Zatoki Meksykańskiej w każdej chwili mogą być zagrożone.

Międzynarodowa Agencja Energetyczna minimalnie zmniejszyła prognozy światowego zużycia ropy, ale wciąż spodziewa się, że wzrośnie ono o 1,4 proc. w tym roku i o 2,1 proc., do 88,02 mln baryłek na dobę, w przyszłym.

PARKIET