Reklama

Za oceanem zbliża się moment ataku na lipcowy szczyt

Powrót amerykańskich indeksów do poziomu bliskiego tegorocznym maksimom oznacza, że rynek szacuje ryzyko recesji w USA jako minimalne. Zresztą nawet w czasie największej paniki na giełdach w połowie sierpnia nie pojawiły się sygnały dowodzące, że długoterminowy trend wzrostowy stanął pod znakiem zapytania

Publikacja: 29.09.2007 11:18

Od dołka z 15 sierpnia do czwartkowego zamknięcia indeks S&P 500 zyskał 8,9 proc., odrabiając 85 proc. strat z fali wyprzedaży trwającej od 19 lipca. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że utrzymuje się długoterminowy trend wzrostowy. Zresztą ani przez chwilę w poprzednich miesiącach nie zostało spełnione podstawowe formalne kryterium, które uprawniałoby do stwierdzenia, że ów trend przerodził się w tendencję zniżkową. Aby to kryterium zostało spełnione, kolejne dołki i szczyty powinny być położone coraz niżej. Tymczasem sierpniowy dołek S&P 500 (1406,7 pkt) znajduje się 2,4 proc. powyżej minimum z marca (1374 pkt).

Ostatnie tygodnie przyniosły charakterystyczną rozbieżność między konsekwentną wspinaczką indeksów a wiszącym nad rynkiem widmem recesji. Zachowanie kursów akcji sugeruje, że zagrożenia i osłabienie gospodarki już zostały zdyskontowane. Napływające niemal bez przerwy kiepskie dane z rynku nieruchomości zdają się już na nikim nie robić większego wrażenia. Działa tu zapewne przeświadczenie inwestorów, że dane te dotyczą przecież przeszłości, przyszłość zaś maluje się w lepszych barwach, choćby za sprawą niedawnej obniżki stóp procentowych. Z przeświadczeniem takim można oczywiście dyskutować, ale w ten sposób ryzykuje się utratę okazji inwestycyjnej. Podobnie jak nie ma żadnej gwarancji, że obawy przed recesją nie powrócą ze zdwojoną mocą, tak też nie ma pewności, że zagrożenie to zostało w pełni uwzględnione w cenach. Jedynym wyjściem wydaje się reagowanie na to, co dzieje się na rynku, zgodnie z założeniami analizy technicznej.

Dno w nieruchomościach

całkiem niedaleko?

Zresztą bliższe przyjrzenie się historycznym danym z rynku nieruchomości zdaje się raczej sugerować, że do dna koniunktury jest już znacznie bliżej niż dalej. Weźmy pod uwagę np. dane o sprzedaży nowych domów (new home sales), które opublikowane zostały w miniony czwartek i które, notabene, wywołały chwilową panikę na naszej giełdzie ze względu na to, że były zdecydowanie gorsze od oczekiwań. Nie zatrzymujmy się jednak na ostatniej wartości sprzedaży w sierpniu, ale popatrzmy na te dane z długoterminowej perspektywy. W tym celu lepiej brać pod uwagę roczne, a nie miesięczne tempo zmian (w sierpniu sprzedaż nowych domów była o 21,2 proc. niższa niż przed rokiem). Od czasu kiedy tempo to stało się ujemne (czyli od grudnia 2005 r.) minęło już 21 miesięcy. Oznacza to jeden z najdłuższych w historii okresów słabnięcia koniunktury na rynku nieruchomości w USA.

Reklama
Reklama

Nie ma jednak tego złego, co by potencjalnie nie mogło wyjść na dobre. Rzecz w tym, że w okresie ostatnich 40 lat poprzednie najdłuższe okresy kryzysu na rynku domów (rozumianego jako nieprzerwane pozostawanie rocznego tempa sprzedaży poniżej zera) trwały odpowiednio: 18 miesięcy (IV 1990 - IX 1991), 28 miesięcy (XI 1978 - II 1981) i 26 miesięcy (IV 1973 - V 1975). Przeciętnie daje to 24 miesiące, czyli zaledwie trzy miesiące więcej niż obecny okres zadyszki na rynku nieruchomości. Gdyby faktycznie kryzys miał się zakończyć już w ciągu jednego kwartału, czyli z końcem tego roku, to dyskontowanie polepszenia koniunktury już teraz przez kursy akcji wydaje się jak najbardziej na miejscu. Obrazowa jest również analiza rocznego tempa zmian samego S&P 500. W tym roku tempo to ani razu nie spadło poniżej zera, a obecnie wynosi około 15 proc. W długim terminie po prostu trwa hossa, a ostatnia fala spadkowa była jedynie korektą. Próg "zero" w przypadku rocznej zmiany S&P 500 można uznać za umowną granicę dzielącą hossę od bessy. I to nie tylko ze względu na symboliczne znaczenie tej wartości. Analiza zachowania amerykańskiego indeksu w poprzednich 10 latach jest tego najlepszym dowodem. Wciąż wyżej niż rok temu

Wręcz zadziwiające jest, jak bardzo zbliżenie się rocznej zmiany indeksu do zera działa na koniunkturę. Po pierwsze, spadek rocznego tempa do zera w kwietniu 2005 r. i w lipcu 2006 r. wiązał się z zakończeniem korekty spadkowej. Podobnie w październiku 1998 r. ten sam fakt wyznaczył koniec silnej zniżki związanej z kryzysem rosyjskim. To niebagatelne wydarzenie, bo obecne zawirowania na rynkach kredytowych bywają porównywane do tamtego kryzysu - a przecież ostatnio roczna zmiana S&P 500 nawet nie zbliżyła się do zera.

Warto też zauważyć, że również na podstawie rocznego tempa dało się przewidzieć bessę w latach 2001-2002. Sygnał taki pojawił się w grudniu 2000 r., kiedy S&P 500 znalazł się niżej niż rok wcześniej. Powtórzmy jeszcze raz - nawet w czasie największej paniki w połowie sierpnia do pojawienia się podobnego sygnału było bardzo daleko.

WIG20 - czas na odbicie?

Tydzień temu - kiedy WIG20 miał za sobą gwałtowny skok w górę - pisaliśmy, że "nadchodzący tydzień prawdopodobnie upłynie pod znakiem walki o utrzymanie obecnego poziomu notowań". Faktycznie od tego czasu trwa korekta wcześniejszej zwyżki. Jej wyrazem było zamknięcie luki hossy z 19 września (3663-3750 pkt). Na razie nie ma jednak poważnych powodów do pesymizmu. Wręcz przeciwnie, obserwując wykres oscylatora stochastycznego, można dojść do wniosku, że podobnie jak przed tygodniem skok tego wskaźnika do strefy wykupienia trafnie wróżył korektę, tak też teraz jego spadek do strefy wyprzedania zapowiada rychłe odbicie.

Rekord na rynkach wschodzących

Reklama
Reklama

Żmudny proces odrabiania strat przez nasz rodzimy WIG20 kontrastuje coraz bardziej z sytuacją na wielu innych rynkach wschodzących. Mierzący panującą na nich koniunkturę indeks MSCI Emerging Markets wspiął się w minionym tygodniu na poziom najwyższy w historii. Hossa nie ulega wątpliwości zwłaszcza w niektórych krajach Ameryki Południowej (głównie Brazylii) i Azji (Chiny, Indie). Rekordy idą w parze z ostatnimi danymi UniCredit, z których wynika, że tygodniowy napływ pieniędzy do funduszy inwestujących na rynkach wschodzących sięgnął 5,5 mld USD - najwięcej od dwóch lat. Niestety, wciąż najmniej gotówki płynie do Europy.

Średniaki pozostają słabe

O ile w czasie nie tak dawnej paniki na światowych giełdach rynek średnich i małych spółek podążał ich śladem, to ostatnio zdaje się zupełnie niewrażliwy na trwające na świecie szybkie odreagowanie. Indeks średniaków mWIG40 nawet nie próbował w minionym tygodniu zbliżyć się do szczytu z początku września, nie mówiąc już o odrabianiu strat względem czerwcowego maksimum. Co gorsza, w końcu tygodnia zaczął "flirtować" z dołkiem z połowy września, co z pewnością nie wróży dobrze. Gdyby na rynkach zagranicznych doszło do korekty ostatnich wzrostów, chyba nic nie powstrzymałoby już mWIG40 przed zniżką w kierunku dołka z połowy sierpnia.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama