Ostatnie wydarzenia w Śrubeksie dowodzą, że akcjonariusze mniejszościowi mają w spółce bardzo dużo do powiedzenia. Warunek jest jeden - muszą się zdobyć na współdziałanie.

Część udziałowców Śrubeksu, niezadowolona z propozycji Koelnera, który dążył do połączenia przedsiębiorstw, zawiązała porozumienie. Pakiet, który "opozycja" zgromadziła, mógł wystarczyć do tego, by zablokować działania Koelnera. Inwestor podczas listopadowego walnego zgromadzenia nie dysponowałby bowiem większością 2/3 głosów, konieczną do przeforsowania uchwały o połączeniu.

Wydaje się, że to był główny powód, dla którego Koelner w końcu uległ (już drugi raz) i umożliwił drobnym akcjonariuszom sprzedaż papierów w wezwaniu. Tym razem po cenie, którą "opozycja" uznała za satysfakcjonującą.

Geneza kilkumiesięcznego sporu między dużym graczem a porozumieniem indywidualnych inwestorów wydaje się prosta. Jesienią ubiegłego roku Koelner - nie dysponując przecież pakietem większościowym - powiadomił, że przejmie kontrolę nad Śrubeksem wyłącznie na drodze fuzji. O wezwaniu nie było mowy. Drobni udziałowcy zaczęli jednak kręcić nosem. Nie palili się do wymiany akcji. Obawiali się parytetu. Z tego powodu w styczniu Koelner zgodził się ogłosić wezwanie. Cena okazała się jednak nieatrakcyjna - nic dziwnego, że zakończyło się ono porażką. Kolejnych kilka miesięcy upłynęło stronom na kopaniu się po kostkach i zaciętej obronie stanowisk.

Pat nie mógł jednak trwać w nieskończoność...