Coraz wyraźniej zaznacza się obserwowana od kilku dni polaryzacja zachowań spółek z różnych sektorów rynku. Podczas gdy największe firmy mają się wciąż całkiem nieźle, to mniejsze zaczynają tracić dystans. O ile jednak wcześniej oznaczało to słabszy wzrost "maluchów" niż blue chips, to wczoraj odnotowały one już spory spadek. Był zapewne odzwierciedleniem obaw przed dalszym odpływem środków z funduszy lokujących w tym obszarze rynku, jak również wyzwań związanych z mocnym złotym, który już w III kwartale negatywnie odbił się na wynikach niektórych spółek. Słabość naszej giełdy była trochę zaskakująca, bo jednak można było oczekiwać, że z lekkim optymizmem będzie wyczekiwać na decyzję dotyczącą stóp procentowych w USA. Niemniej wtorkowe notowania niczego nie rozstrzygnęły. Potwierdziły znaczenie 12-miesięcznej średniej kroczącej jako silnego oporu dla indeksu WIG, a także dołków z sierpnia tego roku dla indeksów mWIG40 oraz sWIG80. Jednak nie przesądziły o tym, że nie uda się ich pokonać. Takie przypuszczenie stałoby się uzasadnione, gdyby WIG zszedł poniżej 57 tys. pkt.

Nie widać na horyzoncie lokalnych czynników, które mogłyby doprowadzić do rozstrzygnięcia sytuacji na naszym parkiecie. W związku z tym pozostaje dalej wpatrywać się w giełdy zagraniczne. Z naszego punktu widzenia bardzo ważne jest to, jak przebiega odbicie na emerging markets. Listopadowa wyprzedaż zatrzymała się w przypadku indeksu MSCI EM na wysokości lipcowej górki. Obrona tego wsparcia korzystnie działa na inwestorów, gdyż odrabianie strat idzie bardzo dobrze. Trudno przy tym nie zauważyć stopniowej ewolucji nastawienia inwestorów do emerging markets. Wynika to z napięć inflacyjnych, które grożą podwyżkami stóp i osłabieniem koniunktury. Pojawia się wrażenie, że inwestorzy skupieni głównie na sygnałach docierających z Ameryki i w spowolnieniu w USA upatrujących głównego zagrożenia dla emerging markets nie dostrzegają niekorzystnych zjawisk w krajach rozwijających się.