Zapewne mało kto spodziewał się takiego przebiegu wczorajszej sesji po wtorkowej decyzji Fedu. Zgodna z przypuszczeniami była jedynie poranna reakcja naszego rynku. WIG20 otworzył się nisko, ponieważ dzień wcześniej amerykańscy inwestorzy poczuli się rozczarowani cięciem stóp jedynie o 25 punktów bazowych. Później jednak coraz śmielej do gry zaczęli włączać się kupujący, odrabiając w nawiązką całe początkowe straty. Mimo że obniżka kosztów pieniądza w USA okazała się mniejsza od wymagań inwestorów, nie oznacza, że nie stworzyła lepszych warunków do realizacji scenariusza wynikającego z rajdu Świętego Mikołaja. Rzecz w tym, że wyraźnie uspokoiły się światowe rynki międzybankowe. Dolarowa
3-miesięczna stawka Libor spadła wczoraj w tempie, jakiego nie notowano od października, co daje podstawy by odetchnąć z ulgą, biorąc pod uwagę, że to właśnie napięta sytuacja na rynkach kredytowych leżała u podłoża niedawnej fali wyprzedaży na giełdach.
W tej sytuacji, wspinając się na wysokość 3716 pkt, WIG20 odrobił już ponad połowę strat z ostatniej przeceny. Z technicznego punktu widzenia droga do październikowego szczytu (3918 pkt na zamknięciu) stoi otworem. Brakuje do niego 5,4 proc. Co do możliwości trwałego pokonania tego poziomu można mieć jednak poważne wątpliwości. Wyceny dużych spółek nie są szczególnie atrakcyjne. We wtorek wskaźnik cena/zysk dla WIG20 wynosił 17,9, co jest wartością nawet nieco wyższą niż w końcu czerwca, gdy giełdowa bonanza sięgała zenitu. Wsparcia dla indeksu trudno oczekiwać nawet ze spółek surowcowych, które tradycyjnie cechują się najniższymi wskaźnikami wyceny (ze względu na ryzyko związane z silnymi fluktuacjami cenami surowców). Wystarczy spojrzeć na wykres notowań miedzi. Cena czerwonego metalu znajduje się w pobliżu wielomiesięcznego dołka, nie dając oznak odwrócenia trendu spadkowego. Wszystko to sugeruje, że po prawdopodobnym ataku WIG20 na październikowy szczyt, koniunktura znowu się popsuje na kolejne kilka tygodni.
PARKIET