J. Sellin: - Budżet do utrzymania
PKB Polski wzrośnie w 1999 r. o 4,5%, co uplasuje nasz kraj na 19 miejscu w świecie - uważa renomowana brytyjska firma badawcza Economist Inteligence Unit.EUI, podobnie jak oceny niezależnych krajowych ośrodków, nie podziela rządowego optymizmu, mówiącego o 5,1-proc. wzroście gospodarczym w bieżącym roku. Insytut Badań nad Gospodarką Rynkową mówi najwyżej o 4,8% przyrostu PKB. Mniejszy wzrost gospodarczy oznacza mniejsze wpływy z podatków pośrednich i bezpośred-nich, a tym samym konieczność korekty wydatów lub deficytu. Na sytuację wewnętrzną nakładają się tendencje ogólnoświatowe: spadek popytu na polski eksport i deflacyjne oddziaływanie spadku cen ropy. W tej sytuacji wielu ekspertów i polityków mówi o konieczności nowelizacji budżetu. Wszystko zależy od wyników I kwartału.Jarosław Sellin, rzecznik rządu, stwierdził wczoraj, że zostanie zrobione wszystko, aby uniknąć nowelizacji, ponieważ w ramach uchwalonej ustawy budżetowej istnieją możliwości oszczędności i przesunięć.
Budżet 1999 r.
Wzrost a inflacja
Wielu ekonomistów uważa, że dopiero co uchwalony budżet trzeba będzie wkrótce nowelizować. Założenia makroekonomiczne, na podstawie których określono dochody państwa, są bowiem - jak wskazują najnowsze prognozy - mało realne.Według tegorocznej ustawy, dochody budżetu państwa mają wynieść 129,3 mld zł, a wydatki 142,1 mld zł. Deficyt budżetowy uznano za "nietykalny" - ma on stanowić 2,15% PKB, wobec przewidywanych ubiegłorocznych 2,49% PKB.Konstrukcja ta została oparta na założeniu, że wzrost gospodarczy w tym roku wyniesie 5,1% PKB, a inflacja na koniec grudnia 8,1%. Jednak większość niezależnych instytutów naukowych prognozuje, że wzrost gospodarczy nie przekroczy 5%, a inflacja będzie niższa niż 8%. To zaś oznacza, że należy oczekiwać niższych niż zakładane 129,3 mld zł dochodów budżetu.Na zbyt optymistyczny wskaźnik wzrostu gospodarczego zwróciła uwagę podczas debaty budżetowej Helena Góralska z Unii Wolności. Tymczasem mniejszy wzrost to mniejsze wpływy z podatków, a niższa inflacja - skądinąd pożądana - to brak "premii inflacyjnej", która zwykle pojawiała się, gdy ceny rosły szybciej niż zakładano (wyższe nominalne dochody państwa).Ten wątek podchwycili praktycznie wszyscy ekonomiści, łącznie z doradcą ministra finansów prof. Stanisławem Gomułką. Bohdan Wyżnikiewicz z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową uważa, że korekta spodziewanego wzrostu gospodarczego, dokonana przez rząd wczesną jesienią, gdy kryzys rosyjski doprowadził do ogólnego spadku koniunktury, była zbyt płytka (z 6,1% PKB do 5,1% PKB). IBnGR w ostatniej swej prognozie z końca października przewidywał, że w tym roku PKB wzrośnie o 4,8%. Uaktualnionej prognozy jeszcze nie ma, ale istnieje powszechna zgoda, że wzrost będzie wahał się w granicach 4-5%. Potwierdzają to prognostycy zagraniczni - renomowana brytyjska firma badawcza Economist Intelligence Unit szacuje, że tegoroczny wzrost gospodarczy w Polsce wyniesie 4,5%.Ekonomiści twierdzą zgodnie, że więcej na temat przyszłego wzrostu PKB będzie wiadomo, gdy zostaną opublikowane wyniki I kwartału. Jeśli spadek produkcji przemysłowej z ostatnich miesięcy ubiegłego roku utrzyma się, oczekiwania odnośnie do wzrostu gospodarczego trzeba będzie skorygować w dół.Zdaniem Bohdana Wyżnikiewicza, zewnętrznych czynników gospodarczych nie doceniono również w przewidywaniu inflacji. Tymczasem niskie ceny ropy naftowej oraz ogólne potanienie importu spowodowane kryzysem i spadkiem popytu w Rosji, odbiło się także na cenach w Polsce. Procesy deflacyjne, jakie rozpoczęły się w niektórych krajach, są dla nas poniekąd korzystne, bo pozwalają zbijać inflację bez większego wysiłku, ale towarzyszy im niższy wzrost gospodarczy.Przedstawiciele rządu już w Sejmie okazywali swoją dezaprobatę dla pomysłów nowelizacji świeżo uchwalonego budżetu. Wiceminister finansów Jarosław Bauc powiedział, że zapowiedź nowelizacji oznaczałaby, że budżetu po pronacisków różnych grup interesu na zwiększenie wydatków.Mówienie o nowelizacji jest zapewne przedwczesne, bo różnie jeszcze mogą potoczyć się wypadki w światowej gospodarce. Biorąc jednak pod uwagę wyniki ostatnich miesięcy ubiegłego roku, można z dużym prawdopodobieństwem prognozować niższy wzrost PKB i niższą inflację od zakładanych w budżecie, co w efekcie da niższe od planowanych dochody. A wtedy należy spodziewać się presji na utrzymanie projektowanych wydatków, co może negatywnie odbić się na rozmiarach deficytu budżetowego. Ale jeśli inflacja spadnie poniżej przewidywań, nie będzie argumentu, by deficyt dusić bardziej niż w ubiegłym roku.