W pobliżu gospodarki
Samochodem poza Warszawę wybieram się dopiero za trzy tygodnie. W moim stosunku do rolniczych blokad szos nie ma więc na razie nic osobistego. Sporo rzeczy mimo to nie podoba mi się, i to bardzo.Jestem przeciw wszelkim formom protestu utrudniającym życie ogółowi, blokady szos są więc według mnie niedopuszczalne. Karygodne jest stosowanie drastycznych sposobów zwrócenia uwagi władz na swoje problemy, gdy nie wyczerpano łagodniejszych. I wreszcie - nie może się to odbywać z naruszeniem prawa. Wszystkie te zasady protestujący rolnicy złamali, i to nie raz.Rząd zapowiadał kilka razy, że nie ugnie się przed szantażem blokad i nie będzie rozmawiać z łamiącymi prawo, a na jego naruszenia zareaguje ostro. Ostatecznie w budżecie znalazły się dodatkowe pieniądze na skup wieprzowiny, a rząd zaczął rozmowy z protestującymi. Równocześnie policja jedne blokady rozbija, inne zostawia w spokoju. Tych ostatnich jest o wiele więcej. Wydaje się, że klucz jest prosty - duże, obsadzone przez zdeterminowanych rolników zostawia się w spokoju. Sygnał jest jasny - silnych nie ruszamy, bo się boimy.Zapewnienia Leszka Balcerowicza, że te dodatkowe 275 mln złotych i tak by poszło na dofinansowanie rolnictwa, są w tej sytuacji kompletnie niewiarygodne. A dopuszczenie do rozmów Andrzeja Leppera świadczy, że przy stole rozmów jest miejsce dla łamiących prawo, byle stała za nimi siła.W sumie - fatalnie. Tę rundę władza kompletnie przegrała. Albo się wygłasza twarde deklaracje i potem trzyma ich konsekwentnie, albo nic się nie mówi. Jeszcze lepiej jest, jeśli wypowiedzi przedstawicieli władz są uspokajające i dąży ona do rozsądnego kompromisu, ale postępuje konsekwentnie i zdecydowanie. Dwie rzeczy tak czy owak są niezbędne - trzymanie się własnych deklaracji i poszanowanie prawa, a w razie potrzeby - egzekwowanie go.To jest jedna strona problemu. Z drugiej sprawa wygląda tak, że rolnicze protesty są jak nigdy chyba od lat dziesięciu usprawiedliwione sytuacją w gospodarce żywnościowej. Wysokość zeszłorocznej inflacji (i nadzieje na jeszcze niższą w tym roku) zawdzięczamy w dużej mierze niskim cenom żywności. O opłacalności produkcji rolnej lepiej nie mówić, ale o olbrzymim i jawnym bezrobociu na wsi trzeba pamiętać. I o tym, że niewielu polityków (a z chłopskich jedynie Roman Jagieliński) mówiło w ciągu tych dziesięciu lat, że wieś musi się zmienić, gdyż inaczej rolnictwo nie wygrzebie się z permanentnego kryzysu i biedy. I że bardzo niewiele zrobiono, aby popchnąć je w stronę nowoczesności, niechby i wbrew woli większości chłopów.Wypada też przypomnieć, że jedynie część (i to wcale nie taka duża, bo kilkanaście procent) gospodarstw rolnych rzeczywiście produkuje żywność na rynek w liczących się ilościach.Obraz jest więc dalece niejednoznaczny i w tym sporze nikt nie ma stu procent racji. Pewne jest tylko to, że metoda obrana przez rząd (twarde deklaracje, a potem ustępstwa i niekonsekwencje) tak samo nie prowadzi do rozwiązania rolniczego węzła potrzeb i niemożnosci, jak gnojowica i płonące opony na szosach. A to ostatnie powoduje też, że trudniej jest o zrozumienie dla rzeczywistych problemów rolnictwa wśród ludzi cieszących się, że żywność nie podrożała i wściekających z powodu zablokowanych szos. Chłopscy przywódcy tego ostatniego aspektu sprawy jednak chyba nie biorą pod uwagę. Tak jak władza skutków swej niekonsekwencji i tolerowania naruszeń prawa.
JAN BAZYL LIPSZYC