Unia i my
Jeśli to prawda, a trudno tu o całkowitą pewność, bo wszystko nie wiedzieć czemu jest tajne/poufne, to trade-off między polskim stanowiskiem w sprawie sprzedaży ziemi cudzoziemcom a unijną ochroną rynku pracy przed Polakami jest wprost powalający. Byłaby to jedna z najgłupszych, ale możliwych do objaśnienia transakcji, jakie tylko można sobie wyobrazić.Oto wysokie umawiające się strony pragną zawrzeć wieloletnie układy, chroniące je przed występowaniem zjawisk, w które nikt przytomny nie wierzy. Stawia się wysokie płoty osłonowe przed wyimaginowanym niebezpieczeństwem. I następnie głośno manifestuje się niezadowolenie.O co tu chodzi? Przecież wiadomo, że nikt, absolutnie nikt w Unii Europejskiej nie dybie z wywalonym ozorem na tłusty polski czarnoziem i mazowieckie piaski. Przecież wiadomo, że polska czerń nie zaleje europejskiego rynku pracy, spychając do podziemia niemieckich Turków czy belgijskich Jugosłowian.Są przekonujące powody dla zachowania przytomności umysłu. Ekonomiści uspokajają się analizami empirycznymi na międzynarodowych seminariach już ładny kawałek czasu. Uspokajają aż do przesady, bo jak tylko jakiś energiczny nowicjusz krokiem odkrywcy włazi gdzieś na trybunę i zaczyna: "Badania dowodzą, że nie ma zagrożenia zalewem rynku europejskiego tanią siłą roboczą z krajów pokomunistycznych...", to wszyscy starzy wyżeracze natychmiast zapadają w słodki letarg. Tak samo usypiają, kiedy ekonomiści próbują za pomocą szacunków i modeli udowodnić, dlaczego lokata w polską ziemię nie jest biznesem, lecz co najwyżej biznesikiem.Jeśli ekonomiści wszystko już powiedzieli o wykupie polskiej ziemi i dostępności zachodniego rynku pracy, to czy nie byłoby prościej w ogóle zrezygnować z okresów przejściowych? Dlaczego stawiać dniepropietrowskie tamy przed cienkim strumyczkiem popytu? Odpowiedź jest prosta: to ofiara złożona na ołtarzu polityki.Politycy polscy, również zresztą niemała część Polaków, wykazują wielką nadwrażliwość, wprost uczulenie, na kwestię kryterium narodowego w prawie własności. Większość wyborców w Unii Europejskiej jest zdania, że wielkie bezrobocie skłaniać powinno polityków do protekcjonistycznej ochrony rodzimych rynków pracy.To nic, nieważne, że te potoczne poglądy nie mają nic wspólnego z ekonomiczną rzeczywistością. Po co tłumaczyć, że różnica cen nie jest wystarczającym bodźcem dla zakupu nieruchomości za granicą? Na próżno strzępić sobie język, że różnice w jednostkowych kosztach pracy, występujące między krajami, nie są najważniejszym czynnikiem wywołującym bezrobocie w krajach zamożniejszych.Wszystko to strata czasu, bo politycy mają swoją polityczną logikę. A pierwsze przykazanie politycznego katechizmu brzmi: "Nie czyń niczego wbrew większości, nawet jeśli nie ma ona racji".Negocjatorzy polscy i unijni, ludzie kompetentni i merytoryczni muszą odczuwać dyskomfort za przyczyną porozumienia "ziemia za pracę". Oni doskonale rozumieją, że stawiając monumentalne bariery wykonują nikomu niepotrzebną robotę.Tak samo niezadowoleni będą ekonomiści, bo przesadna osłona przeszkadza poprawie kalekich rynków: nieruchomości w Polsce i pracy w Unii. Co zabawniejsze - i biurokraci, i ekonomiści doskonale wiedzą, że również politycy tak naprawdę nie wierzą w potrzebę kilkunastoletnich derogacji.Tamy dla nabywania ziemi w Polsce i legalnej pracy Polaków w Unii zostaną w rzeczywistości zniesione znacznie wcześniej. Zostaną zniesione, kiedy opadnie pierwsza fala strachu i emocji. Skoro nie będzie masowego szturmowania wysokich murów (a nie będzie), da się je bezpiecznie obniżyć. Bezpiecznie dla polityków. Politycy pozwolą skrócić okresy przejściowe, jeśli pozwolą im na to wyborcy.A wyborcy pozwolą, jeśli mniej będzie w mediach słychać o podstępnych cudzoziemcach sprzątających sprzed nosa ziemię głodnym polskim rolnikom i taniej sile roboczej, spychającej na margines chętną do pracy zdolną młodzież w dawnej NRD. Więcej będzie za to o metodach wyrównywania się cen czynników produkcji i przewadze komparatywnej.I to jest właściwie najkrótszy komentarz do kwestii dziwnie wybujałych, nikomu niepotrzebnych okresów przejściowych.
JANUSZ JANKOWIAK