O inwestowaniu na rynku akcji z Sebastianem Buczkiemczłonkiem Zarządu ING BSK Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych,zarządzającym Funduszem Akcji i Funduszem Zrównoważonym, rozmawia Piotr Wąsowski

- Od kiedy zajmuje się Pan inwestowaniem? Co spowodowało zainteresowanie giełdą?- Giełdą zainteresowałem się stosunkowo późno, bo pod koniec 1993 r. Jak się okazało, nie był to najlepszy moment do rozpoczynania przygody z akcjami. Dobrze, że zainwestowane kwoty były symboliczne. Znaczne straty w ujęciu procentowym, jakie poniosłem na początku, spowodowały, że zmusiłem się do dokładniejszego poznania reguł rządzących rynkiem kapitałowym.- Jak przebiegała Pańska kariera i czym teraz się Pan zajmuje?- Najpierw były kursy i egzaminy na maklera i doradcę, później praca w Wydziale Doradztwa i Analiz COK BH, a od czerwca 1996 r. - w Grupie ING. Obecnie jestem członkiem Zarządu w ING BSK Towarzystwie Funduszy Inwestycyjnych SA, gdzie zarządzam Funduszem Akcji i Funduszem Zrównoważonym.- Czym Pan kieruje się przy podejmo-waniu decyzji inwestycyjnych?- Moje pierwsze decyzje inwestycyjne opierały się bardziej na intuicji niż jakiejkolwiek analizie. Życie szybko zweryfikowało jednak tę metodę. Zawodowo jestem gorącym zwolennikiem analizy fundamentalnej. Może dlatego, że od początku swej pracy wolałem jeździć do spółek, niż siedzieć przed komputerem. Na co dzień używam również analizy technicznej, ale traktuję ją jako instrument mówiący bardziej kiedy, niż co kupić lub sprzedać.- Co Pan sądzi o wpływie emocji na wyniki inwestycyjne?- Uważam, że prawdziwe jest stwierdzenie: gdzie są emocje, tam nie ma wyników. Niezmiernie trudno w pełni panować nad swymi emocjami. Szczególnie wtedy, gdy na rynku dzieje się coś niezwykłego. Myślę, że umiejętność chłodnej oceny sytuacji przychodzi wraz z doświadczeniem.- Ale jak konkretnie kontroluje Pan swoje emocje w czasie inwestowania?- W gorących momentach staram się skoncentrować na czymś innym niż giełda i spoj-rzeć na to, co się na niej dzieje z nieco innej perspektywy.- Czy ma Pan temperament analityka czy tradera?- Jak już mówiłem, zaczynałem jako analityk. Dopiero później zacząłem zarządzać portfelami i funduszami. Traderem nie jestem. Moją filozofią jest inwestowanie, nie spekulowanie.- No dobrze, ale co robi Pan z akcjami swoich klientów, gdy ceny na rynku zaczynają spadać?- Wtedy jest już bardzo trudno cokolwiek sprzedać, w szczególności gdy wielkość portfela jest duża w stosunku do wolumenu obrotów. Zwykle staram się redukować pozycje jeszcze w trakcie wzrostów. Później często okazuje się, że były to decyzje przedwczesne. Timing stosuję w ograniczonym zakresie, bo uważam, że skutecznie można to robić jedynie przy małych aktywach. Proszę również zwrócić uwagę, że np. Fundusz Akcji ING nie jest produktem agresywnym. To fundusz, w którym akcje stanowią zwykle osiemdziesiąt kilka procent portfela. I wreszcie, to dobór spółek ma decydować o osiąganych wynikach, a nie ich udział.- Czy stosuje Pan analizę techniczną?- Stosuję, ale w ograniczonym zakresie. Głównym powodem jest czas, a właściwie jego brak. Znacznie większą wagę przywiązuję do fundamentów.- W jaki sposób zmniejszyć ryzyko inwestowania?- Jednym z moich najbardziej ulubionych sposobów na zmniejszenie ryzyka jest rebalancing. Polega on na utrzymywaniu stosunkowo stabilnego udziału poszczególnych papierów w portfelu. Tak więc, w sytuacji, kiedy cena jednego waloru rośnie szybciej od pozostałych kursów, w pewnym momencie następuje realizacja zysków poprzez sprzedaż części tych akcji do wysokości pierwotnego udziału. Dzieje się tak do momentu, kiedy cena osiągnie poziom, przy którym dalsze posiadanie tego waloru jest zbyt ryzykowne. Analogicznie traktuję spadek kursu i akumulację akcji do ich pierwotnego udziału.- A jeżeli się Pan pomyli? Załóżmy, że będzie bessa i w myśl tej techniki będzie Pan dokupywał akcje. Wtedy albo skończą się pieniądze, albo klienci stracą cierpliwość i je wycofają.- Przedstawiony sposób inwestowania dotyczy sytuacji, kiedy rynek zachowuje się stosunkowo stabilnie. W przypadku hossy lub bessy podejście to należy zmodyfikować tak, aby nie pozostać z gotówką w trakcie wzrostów lub z nadmiernie wypełnionym portfelem akcji w czasie spadków.- Czy jest Pan graczem krótkoterminowym, średnioterminowym czy długoterminowym?- Zarządzanie funduszami wymaga podejścia co najmniej średnioterminowego. Trudno jednoznacznie określić horyzont inwestycyjny. Zwykle jest to od kilku do kilkunastu miesięcy. Bardziej istotna jest skala wzrostu kursu. Po osiągnięciu zakładanego poziomu przez kurs zastanawiam się, co dalej bez względu na to, czy stało się to w ciągu kilku tygodni czy kilkunastu miesięcy.- Jaki jest Pański ulubiony instrument? Akcje czy może derywaty?- Z punktu widzenia mojej filozofii inwestowania, najciekawszym instrumentem wydają się akcje, bo jest to cząstka tego, co można zobaczyć i dotknąć.- Czy tempo rozwoju polskiego rynku nie jest zbyt wolne?- Uważam, że trzeba się cieszyć tym, co mamy. Oczywiście, daleko nam do rynków rozwiniętych, ale nasz rynek funkcjonuje niecałe 9 lat. Poza tym, jeżeli chcemy, aby cały polski rynek kapitałowy rozwijał się prawidłowo, potrzeba czasu, by osoby z nim związane nabrały odpowiedniego doświadczenia.- Proszę podzielić się z inwestorami-czytelnikami "Profesjonalnego Inwestora" jakąś swoją indywidualną metodą określania wartości spółki na podstawie analizy fundamentalnej.- Jak wcześniej wspomniałem, w moich decyzjach inwestycyjnych największą rolę odgrywa wartość fundamentalna. Do ulubionych wskaźników zaliczam P/EBITDA i P/CF. To głównie na ich podstawie staram się wyznaczyć wartość spółki. Czasami jednak poziom wskaźników może dawać błędne informacje na temat wyceny firmy. Dzieje się tak w szczególności, gdy zyskowność spółki jest niska, ale posiada ona znaczący udział w rynku. Wtedy bardzo chętnie korzystam z metody porównawczej, tzn. analizuję, ile byłby w stanie zapłacić za daną firmę potencjalny inwestor strategiczny.- A jakie Pan stosuje techniki inwestycyjne oparte na analizie technicznej?- Dużą wagę przywiązuję do poziomu obrotów. Zwykle niski wolumen obrotów zachęca mnie do spokojnego otwierania pozycji, natomiast znaczący ich wzrost - do redukowania zaangażowania w akcjach.- W jaki sposób osiągnął Pan tak dobre wyniki zarządzając funduszami w ING BSK Towarzystwie Funduszy Inwestycyjnych w 1999 roku?- Ubiegły rok należy uznać za niezły z punktu widzenia uczestników akcyjnych funduszy ING. Przypomnę, że Fundusz Akcji zyskał 49%, a Fundusz Zrównoważony - ponad 28%. W obu przypadkach były to wyniki lepsze od benchmarków. Jest to efekt pracy całego zespołu, a zawdzięczamy go konsekwentnej polityce inwestycyjnej opierającej się na analizie fundamentalnej. Największy wpływ na osiągnięty wynik miało przeważenie i duży udział w portfelu branży IT oraz niektórych spółek budowlanych, a także znaczące niedoważenie banków. Raczej nie było pojedynczych "złotych" strzałów.- A jakich wyników spodziewa się Pan w tym roku? Jaka będzie koniunktura na rynku akcji?- Na koniec ubiegłego roku zakładaliśmy, że w 2000 roku WIG może zyskać 25% w wariancie neutralnym i 40% (lub więcej) w wariancie optymistycznym. Jeżeli poprawią się dane makroekonomiczne, a wzrost gospodarki utrzyma się na obecnym wysokim poziomie, to trudno oczekiwać spadków cen, zakładając, że fundusze emerytalne będą otrzymywać środki z ZUS. Tak więc mamy szansę na kontynuację hossy. Jeżeli z kolei nie dojdzie do poprawy danych dotyczących kondycji naszej gospodarki, to, niestety, ale giełdowa ko-niunktura będzie stopniowo się pogarszać. Istnieje również zagrożenie zewnętrzne w postaci możliwości załamania się cen akcji spółek technologicznych na światowych giełdach, gdyby inwestorzy stracili nagle wiarę w potęgę internetu.- Na rynku amerykańskim przeważająca liczba managerów funduszy osiąga wyniki gorsze od benchmarku, czyli indeksu S&P500. W Polsce bywa jeszcze gorzej. Dlaczego?- Nie znam powodów, dla których wyniki osiągane przez amerykańskich managerów funduszy są gorsze od benchmarków. Być może przyczyna jest taka, że na tamtejszym rynku kupuje się akcje, które pojawiają się w indeksie, a sprzedaje te, które go opuszczają bez względu na fundamentalną wartość przedsiębiorstw. A przecież najczęściej jest tak, że najbardziej dynamiczny okres w rozwoju firmy przypada na czas, kiedy spółka ta jest jeszcze zbyt mała, aby znaleźć się w indeksie. Ja jestem zwolennikiem inwestowania fundamentalno-indeksowego, czyli takiego, które bierze pod uwagę zarówno fundamenty spółki, jak i jej udział w tworzeniu indeksu.Czy lepiej powierzyć środki funduszowi indeksowemu? Uważam, że nie. Wymienię tylko dwa powody. Po pierwsze, bardzo wysoki poziom kosztów, jakimi są obciążone polskie fundusze indeksowe, powoduje, że oczekiwana stopa zwrotu jest niższa od benchmarku. Po drugie, wierzę w ludzi, w analityków i zarządzających, którzy poświęcają godziny ciężkiej pracy po to, aby kreować efekt w postaci pewnej wartości dodanej, dzięki której wyniki osiągane przez fundusze powinny być lepsze od benchmarków. Myślę, że w bieżącym roku większość funduszy akcji w Polsce będzie lepsza od benchmarków.- Jak poprawić swoje podejście do rynku?- Każdy wypracowuje własną politykę inwestycyjną. W moim przypadku najistotniejszymi jej elementami stają się: analiza fundamentalna oraz cierpliwość i konsekwencja przy wykonywaniu decyzji inwestycyjnych.- Dziękuję za rozmowę.