Reklama

Indie mają szansę wyjść z cienia Chin

Już w tym roku indyjska gospodarka może rosnąć szybciej niż chińska. Warunkiem jest jednak kontynuacja głębokich reform.

Aktualizacja: 06.02.2017 23:10 Publikacja: 21.02.2015 19:21

Indie potrzebują ogromnych inwestycji w infrastrukturę energetyczną i transportową.

Indie potrzebują ogromnych inwestycji w infrastrukturę energetyczną i transportową.

Foto: AFP

Spośród styczniowych prognoz Banku Światowego najwięcej komentarzy sprowokowała ta, wedle której w 2017 r. Indie będą się rozwijały szybciej niż Chiny. Nieco później własne prognozy przedstawił Międzynarodowy Fundusz Walutowy, sugerując, że dojdzie do tego o rok wcześniej. Okazało się, że nie było trzeba czekać nawet tyle. W pierwszej połowie lutego indyjski urząd statystyczny przedstawił dane wskazujące, że już w IV kwartale ub.r. tamtejsza gospodarka powiększyła się o 7,5 proc. rok do roku, czyli nieco bardziej niż chińska (7,3 proc.). Oszacował też, że w całym roku fiskalnym 2014/2015, kończącym się w marcu, Indie urosną o 7,4 proc., czyli tak samo jak Chiny w ubiegłym roku, który okazał się dla nich najsłabszy od 24 lat.

Wzrost tylko na papierze?

Był to pierwszy kwartalny odczyt indyjskiego PKB po tym, jak w styczniu urząd statystyczny zmienił nieco metodologię obliczania tego wskaźnika, m.in. przesuwając rok odniesienia z 2004/2005 (znów chodzi o rok fiskalny) na 2011/2012. Takie okresowe korekty są standardem na całym świecie, ale w krajach rozwijających się, których urzędy statystyczne nie zawsze cieszą się dobrą reputacją, często budzą kontrowersje. Tak było i w tym przypadku, choć – inaczej niż np. w ub.r. w Nigerii, gdzie PKB z dnia na dzień wzrósł niemal dwukrotnie – zmiany metodologiczne nie poprawiły jednoznacznie obrazu indyjskiej gospodarki. Obecne tempo jej wzrostu wprawdzie przyspieszyło, ale za to PKB z poprzednich lat okazał się niższy, niż sądzono. Trudno więc posądzić władze o celową manipulację statystykami.

Być może właśnie dlatego inwestorzy wzięli nowe dane za dobrą monetę. Indyjska rupia jest jedną z nielicznych walut, które zdołały od początku br. umocnić się względem dolara. Więcej niż ona zyskał tylko szwajcarski frank. Wśród walut państw klasyfikowanych jako wschodzące nie ma jednak żadnej, która radziłaby sobie lepiej. Niewiele jest też na świecie giełdowych indeksów, które zwyżkowałyby szybciej niż indyjski Sensex. Zyskał on w tym roku już około 9 proc., podczas gdy grupujący wszystkie państwa wschodzące MSCI EM jest tylko o 3 proc. na plusie, a główny wskaźnik giełdy w Szanghaju niespełna 1 proc. – Nie radziłbym patrzeć na ostatni odczyt PKB i sądzić, że gospodarka Indii radzi sobie lepiej, niż sugerują inne dane. Niemniej i tak radzi sobie ona lepiej, niż sądzi większość obserwatorów – zauważył Peter Kohli, prezes towarzystwa funduszy inwestycyjnych DMS Funds, specjalizującego się w rynkach wschodzących.

Demograficzna przewaga

Oczywiście, termin „hinduskie tempo wzrostu", którym pogardliwie określano niemrawy rozwój indyjskiej gospodarki do lat 80., gdy tamtejsi decydenci eksperymentowali z centralnym planowaniem, już dawno odszedł w niepamięć. Indie już od ćwierćwiecza dynamicznie się rozwijają. W tym okresie zdarzały się nawet pojedyncze lata (ostatnio w 1999 r.), gdy indyjska gospodarka rosła szybciej niż chińska. Tyle że były to przypadki jednorazowe, wynikające z bardzo dużej zmienności tempa wzrostu Indii. Podczas gdy w Państwie Środka od 1991 r. roczny wzrost realnego PKB ani razu nie spadł poniżej 7 proc., w Indiach oscylował on między 1 a 10 proc. Efekt jest taki, że – według danych MFW – chińska gospodarka od 1990 r. powiększyła się niemal dziesięciokrotnie, indyjska zaś nieco ponad czterokrotnie.

Indie bledną jeszcze bardziej, gdy weźmie się pod uwagę realny PKB w przeliczeniu na mieszkańca. W minionym ćwierćwieczu w Chinach ten wskaźnik wzrósł ponad ośmiokrotnie, w Indiach niespełna trzykrotnie. Paradoksalnie, ten sam czynnik, który hamował wzrost PKB per capita w Indiach – wyższy niż w Chinach przyrost naturalny – dziś jest uważany za kluczowy atut, który ma pozwolić im wyjść z cienia Państwa Środka. O ile w 2010 r. w obu krajach było mniej więcej tyle samo osób w wieku 15–24 lata, które w krajach rozwijających się stanowią cenną siłę roboczą w fabrykach, o tyle według Międzynarodowej Organizacji Pracy (ILO) pod koniec dekady w Chinach będzie ich około 160 mln, w Indiach zaś około 240 mln.

Reklama
Reklama

Szczęśliwy zbieg okoliczności

Choć inwestorzy od mniej więcej roku zdają się wierzyć w taki obrót spraw, jest zdecydowanie za wcześnie, aby uznać Indie za nowego azjatyckiego lidera wzrostu. Dość powiedzieć, że jeszcze całkiem niedawno kraj ten był zaliczany – wraz z Brazylią, Indonezją, RPA i Turcją – do tzw. kruchej piątki (ang. fragile five), czyli grupy państw wschodzących najbardziej narażonych na kryzys walutowy w związku z normalizacją polityki pieniężnej przez Fed. Obawy o stabilność indyjskiej gospodarki uwidoczniły się w szczególności na rynku walutowym. W ub.r. rupia była relatywnie stabilna, ale w poprzednich trzech latach straciła 30 proc., co podbiło inflację w Indiach w okolice 10 proc. W tym świetle hossa na bombajskiej giełdzie, która trwa nieprzerwanie od trzech lat, nie wygląda aż tak imponująco (do początku ub.r. wzrost Senseksu zagranicznym inwestorom rekompensował jedynie straty kursowe, a lokalnym inwestorom wzrost cen w gospodarce).

Nagła odmiana losów Indii to po części przypadek. Po pierwsze, trzy pozostałe kraje z grupy BRIC (Brazylia, Rosja, Chiny) mają problemy, wyróżnić się w tym klubie jest więc łatwiej niż kiedykolwiek wcześniej. Wzrost zaufania inwestorów do rupii odzwierciedla więc częściowo spadek ich zaufania do innych walut państw wschodzących. Po drugie, Indiom bardzo pomogła przecena ropy naftowej. Z jednej strony poprawiła bilans handlowy kraju uzależnionego od importu tego surowca, a z drugiej ograniczyła wydatki rządu na subsydia do paliw. W efekcie w Indiach zmniejszył się tzw. bliźniaczy deficyt (na rachunku obrotów bieżących i budżetowy), uważany za oznakę podatności gospodarek na zewnętrzne szoki. Spadek cen ropy o połowę ograniczył też inflację, pozwalając bankowi centralnemu na obniżkę stóp procentowych w celu pobudzenia inwestycji, których niemrawy wzrost od lat jest podstawową bolączką indyjskiej gospodarki. – Otrzymaliśmy prezent wart około 50 mld USD – powiedział gubernator Banku Rezerw Indii Raghuram Rajan, dawniej główny ekonomista MFW.

Niedokończone dzieło

Ten zbieg szczęśliwych okoliczności nie poprawi jednak perspektyw Indii na trwałe. To mogą osiągnąć jedynie głębokie reformy gospodarcze. Po tym jak w maju ub.r. spektakularne zwycięstwo w wyborach parlamentarnych odniosła Indyjska Partia Ludowa (BJP), a jej lider Narendra Modi został premierem, reformy te wyraźnie przyspieszyły, ale na ich efekty przyjdzie jeszcze poczekać.

Modi, były gubernator stanu Gudżarat, już w tej roli dał się poznać jako reformator, rozpoczął od zmian symbolicznych. W styczniu zlikwidował Komisję Planowania, powołaną w latach 50. do tworzenia pięcioletnich planów dla gospodarki i rozdzielania środków na ich realizację. W ostatnich dekadach instytucja ta straciła nieco na znaczeniu, ale sam fakt, że przetrwała rynkowe reformy z lat 90., wiele mówi o podejściu poprzednich rządów do liberalizacji gospodarki. To właśnie na podstawie obserwacji tego urzędu Shashi Tharoor, indyjski dyplomata i polityk, powiedział niegdyś, że biurokraci są „lepsi w regulowaniu stagnacji i dystrybuowaniu biedy niż w generowaniu wzrostu". Modi zastąpił ten symbol przeregulowania kraju Instytucją ds. Przeszktałceń (NITI).

W pierwszych ośmiu miesiącach rządów gabinet Modiego zdołał też ograniczyć uciążliwe kontrole w firmach, przyspieszyć wydawanie pozwoleń na prowadzenie działalności gospodarczej, ułatwić kupno gruntów i otworzyć nieco kraj na zagraniczne inwestycje. Ale skala wyzwań, w obliczu których stoją Indie, wciąż jest olbrzymia. Infrastruktura transportowa jest w opłakanym stanie, dostawy energii nieprzewidywalne, sektor bankowy jest przytłoczony chybionymi kredytami z przeszłości, biurokracja wszechobecna, a prawo pracy nieelastyczne (np. firma zatrudniająca więcej niż 100 osób potrzebuje zgody na ograniczenie działalności). W ostatniej edycji rankingu Ease of Doing Business, szeregującego kraje pod względem przyjazności dla przedsiębiorców, Indie zajęły dopiero 142. miejsce na 189. Rok wcześniej były nieco wyżej. Tymczasem partia Modiego, choć uzyskała w wyborach bardzo silny mandat do prowadzenia reform, nie ma większości w wyższej izbie parlamentu, co spowalnia zmiany.

To wszystko sprawia, że indyjski boom, na który zdają się wskazywać wszelkie prognozy, może się jeszcze okazać iluzoryczny. Ale też dopóty, dopóki tamtejszy rząd przejawia reformatorski zapał, inwestorzy będą zapewne stawiali na powodzenie reform. – Nie zamierzam sprzedawać indyjskich akcji przez najbliższe pięć lat – deklaruje Kohli.

Reklama
Reklama
Gospodarka światowa
Czego najbardziej boją się prezesi firm?
Gospodarka światowa
Co przyniesie inwestorom Kevin Warsh?
Gospodarka światowa
Rekordowe IPO na horyzoncie. SpaceX z 8 mld USD EBITDA
Gospodarka światowa
Kevin Warsh oficjalnie nominowany na nowego szefa Fedu
Gospodarka światowa
Kevin Warsh nowym szefem Fedu?
Gospodarka światowa
Jen zaczął nadawać ton globalnym rynkom
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama