Spośród styczniowych prognoz Banku Światowego najwięcej komentarzy sprowokowała ta, wedle której w 2017 r. Indie będą się rozwijały szybciej niż Chiny. Nieco później własne prognozy przedstawił Międzynarodowy Fundusz Walutowy, sugerując, że dojdzie do tego o rok wcześniej. Okazało się, że nie było trzeba czekać nawet tyle. W pierwszej połowie lutego indyjski urząd statystyczny przedstawił dane wskazujące, że już w IV kwartale ub.r. tamtejsza gospodarka powiększyła się o 7,5 proc. rok do roku, czyli nieco bardziej niż chińska (7,3 proc.). Oszacował też, że w całym roku fiskalnym 2014/2015, kończącym się w marcu, Indie urosną o 7,4 proc., czyli tak samo jak Chiny w ubiegłym roku, który okazał się dla nich najsłabszy od 24 lat.
Wzrost tylko na papierze?
Był to pierwszy kwartalny odczyt indyjskiego PKB po tym, jak w styczniu urząd statystyczny zmienił nieco metodologię obliczania tego wskaźnika, m.in. przesuwając rok odniesienia z 2004/2005 (znów chodzi o rok fiskalny) na 2011/2012. Takie okresowe korekty są standardem na całym świecie, ale w krajach rozwijających się, których urzędy statystyczne nie zawsze cieszą się dobrą reputacją, często budzą kontrowersje. Tak było i w tym przypadku, choć – inaczej niż np. w ub.r. w Nigerii, gdzie PKB z dnia na dzień wzrósł niemal dwukrotnie – zmiany metodologiczne nie poprawiły jednoznacznie obrazu indyjskiej gospodarki. Obecne tempo jej wzrostu wprawdzie przyspieszyło, ale za to PKB z poprzednich lat okazał się niższy, niż sądzono. Trudno więc posądzić władze o celową manipulację statystykami.
Być może właśnie dlatego inwestorzy wzięli nowe dane za dobrą monetę. Indyjska rupia jest jedną z nielicznych walut, które zdołały od początku br. umocnić się względem dolara. Więcej niż ona zyskał tylko szwajcarski frank. Wśród walut państw klasyfikowanych jako wschodzące nie ma jednak żadnej, która radziłaby sobie lepiej. Niewiele jest też na świecie giełdowych indeksów, które zwyżkowałyby szybciej niż indyjski Sensex. Zyskał on w tym roku już około 9 proc., podczas gdy grupujący wszystkie państwa wschodzące MSCI EM jest tylko o 3 proc. na plusie, a główny wskaźnik giełdy w Szanghaju niespełna 1 proc. – Nie radziłbym patrzeć na ostatni odczyt PKB i sądzić, że gospodarka Indii radzi sobie lepiej, niż sugerują inne dane. Niemniej i tak radzi sobie ona lepiej, niż sądzi większość obserwatorów – zauważył Peter Kohli, prezes towarzystwa funduszy inwestycyjnych DMS Funds, specjalizującego się w rynkach wschodzących.
Demograficzna przewaga
Oczywiście, termin „hinduskie tempo wzrostu", którym pogardliwie określano niemrawy rozwój indyjskiej gospodarki do lat 80., gdy tamtejsi decydenci eksperymentowali z centralnym planowaniem, już dawno odszedł w niepamięć. Indie już od ćwierćwiecza dynamicznie się rozwijają. W tym okresie zdarzały się nawet pojedyncze lata (ostatnio w 1999 r.), gdy indyjska gospodarka rosła szybciej niż chińska. Tyle że były to przypadki jednorazowe, wynikające z bardzo dużej zmienności tempa wzrostu Indii. Podczas gdy w Państwie Środka od 1991 r. roczny wzrost realnego PKB ani razu nie spadł poniżej 7 proc., w Indiach oscylował on między 1 a 10 proc. Efekt jest taki, że – według danych MFW – chińska gospodarka od 1990 r. powiększyła się niemal dziesięciokrotnie, indyjska zaś nieco ponad czterokrotnie.
Indie bledną jeszcze bardziej, gdy weźmie się pod uwagę realny PKB w przeliczeniu na mieszkańca. W minionym ćwierćwieczu w Chinach ten wskaźnik wzrósł ponad ośmiokrotnie, w Indiach niespełna trzykrotnie. Paradoksalnie, ten sam czynnik, który hamował wzrost PKB per capita w Indiach – wyższy niż w Chinach przyrost naturalny – dziś jest uważany za kluczowy atut, który ma pozwolić im wyjść z cienia Państwa Środka. O ile w 2010 r. w obu krajach było mniej więcej tyle samo osób w wieku 15–24 lata, które w krajach rozwijających się stanowią cenną siłę roboczą w fabrykach, o tyle według Międzynarodowej Organizacji Pracy (ILO) pod koniec dekady w Chinach będzie ich około 160 mln, w Indiach zaś około 240 mln.