Bardzo trudno w tej chwili napisać coś oryginalnego. To, że rynek przeżywa zawał, widzi każdy. Truizmem jest stwierdzenie, że żaden spadek nie trwa wiecznie i że w końcu musi nastąpić jakieś odreagowanie. Jednak z punktu widzenia posiadacza akcji niezmiernie istotny jest poziom, z którego ono nastąpi, a tego, niestety, nie da się przewidzieć z wystarczająco dużą dozą pewności. Kolejne wsparcia, które miały powstrzymywać spadki, pękały jak mydlane bańki i tak samo pryskały złudzenia, że po tak silnych spadkach do dna jest już bliżej niż dalej. Na razie od kilku dni giełdowa rzeczywistość brutalnie weryfikuje podobne poglądy. Jedno jest pewne: tak silna przecena tworzy dodatnie sprzężenie zwrotne, potęgując spadki, jako że inwestorów posiłkujących się kredytem nigdy u nas nie brakowało, a banki w razie zagrożenia raczej nie mają skrupułów. W takim układzie ratunkiem byłby zdecydowany popyt, który w pewnym memencie odebrałby taniejące akcje i przerwał w ten sposób błędne koło. Jest tylko jeden szkopuł. Kapitał musiałby pochodzić z zagranicy, ponieważ ten krajowy (OFE) nie wydaje się dostatecznie silny. Wystarczy jednak spojrzeć na wartości indeksów w USA i w Europie Zachodniej, aby stwierdzić, że giełdowe byki to obecnie gatunek na wymarciu. Wydaje się, że najsensowniejszym rozwiązaniem jest w tej chwili obserwacja rynku (z daleka) i powstrzymywanie się od łapania dołków. Reanimacja pacjenta po zawale może potrwać dość długo.