Zachowanie się rynku w ciągu ostatnich dwóch tygodni dało nadzieję nam wszystkim, że mimo złych informacji ze sfery gospodarki, być może jesteśmy świadkami kreowania większego impulsu wzrostowego. Ceny akcji przecież mocno spadły, a pojawiające się tu i ówdzie zalecenia zagranicznych brokerów, aby zapełniać portfele akcjami, stworzyły lokalnie dobry nastrój. Rynek jednak jakby na przekór tym rozbudzonym oczekiwaniom poszedł własną drogą i powrócił do trendu spadkowego. Teraz podstawowym zmartwieniem inwestorów jest spadek tempa wzrostu gospodarczego i wszystkie informacje, które mogą to zjawisko pogłębić, są interpretowane negatywnie ze zdwojoną siłą. Świadczą o tym opublikowane ostatnio informacje na temat bilansu płatniczego Polski, gdzie mimo bardzo małego deficytu obrotów bieżących rynek ani drgnął. W normalnych warunkach takie dane zostałyby skrupulatnie wykorzystane jako pretekst do wzrostu. Tymczasem specjalistów słusznie zmartwił dynamiczny spadek importu i drugi z rzędu spadek eksportu. Mamy więc gwałtownie kurczący się popyt wewnętrzny i zagrożenie dla popytu zagranicznego, co jest interpretowane jako gotowy przepis na dalsze spadki naszych indeksów giełdowych. O ile o słabnącej gospodarce USA wiemy już od kilku miesięcy, to potrzeba czasu, zanim przełoży się to na koniunkturę w strefie euro. O tym, że jest tam gorzej, niż wszyscy sądzą, powiedział ostatnio prezes EBC, który jeszcze kilka tygodni temu nie obawiał się spadku koniunktury, jednak teraz zmienił zdanie i uważa, że Europa nie uniknie globalnego ochłodzenia. Na horyzoncie na razie nie widać nic pozytywnego i w średnim terminie rynek nadal będzie zachowywał się słabo. Pozostaje nam więc tylko cierpliwie czekać na pierwsze symptomy ożywienia gospodarczego u nas i w USA.