Debiutowi giełdy towarzyszyły duże emocje. Uruchomiony został system, nad którym pracowano zaledwie kilka miesięcy. Nasz rynek kapitałowy znajdował się wówczas w powijakach. Ustawa o publicznym obrocie weszła w życie 25 kwietnia, a więc później niż przeprowadzono na GPW pierwsze transakcje akcjami. Świadczy to o dużym pośpiechu. Chciano pokazać, że transformacja w Polsce rzeczywiście się dokonuje. Z drugiej strony, wszystkim zależało na jak najszybszym notowaniu akcji pierwszej piątki, której papiery sprzedawano w końcu 1990 r.Niestety, polska prywatyzacja była przeprowadzana z myślą o wpływach do budżetu. Dlatego też wiele dużych spółek nie trafiło na GPW, tylko bezpośrednio do inwestorów strategicznych. Słabością naszego rynku był też brak krajowych inwestorów instytucjonalnych. To zmieniło się dopiero od 1999 r., gdy pojawiły się otwarte fundusze emerytalne. Są one mocno związane z polską gospodarką i uważam, że obecnie prowadzona polityka prywatyzacyjna powinna uwzględniać ich interesy. Nie należy zapominać o kierowaniu dla nich specjalnych ofert. Na rynku powinni pojawić się także nowi inwestorzy. Jak ich przyciągnąć? Musi zostać stworzony system zachęt, uwzględniający m.in. zwolnienia podatkowe (powinny one dotyczyć zwłaszcza III filaru ubezpieczeń).Trzeba także wrócić do dyskusji nad podatkiem od osób fizycznych. Uważam, że akcje nabyte w ofercie na rynku publicznym powinny być z niego zwolnione.Obecnie giełdzie potrzebna jest prywatyzacja, której celem będzie znalezienie strategicznego inwestora i wejście do aliansu, a to zapewni GPW odpowiednie miejsce w zjednoczonej Europie.