Z Wiesławem Rozłuckim, prezesem GPW, rozmawia Urszula Zielińska
W jaki sposób spędza Pan czas wolny od pracy?Zwykle nie wykorzystuję całego urlopu, nad czym ubolewam, bo jako prezes zarządu powinienem ukarać pracownika, który postępuje w ten sposób. Urlop dzielę na trzy kategorie, pierwsza z nich to organizowany we własnym zakresie. Dla mnie jest to niemal coroczny wyjazd z rodziną, na przełomie lipca i sierpnia do Niemiec.W jedno ulubione miejsce?Tak. Jest to mała wioska u zbiegu Mozeli i Renu. Wyjazdy te łączą w sobie elementy odpoczynku (spacer, basen) i turystyki. W okolicach jest wiele zamków, z których słynie Nadrenia. Niedaleko znajduje się przełom Renu i skały Lorelai. W czasie tych wyjazdów robię też trochę drobnych zakupów.A drugi typ wypoczynku?Od jakiegoś czasu raz do roku wybieram się z którymś z biur podróży, należących do większej sieci, na tygodniowy wyjazd w rejon Morza Śródziemnego. Staram się, aby za każdym razem było to inne miejsce, zawsze jednak blisko plaży i o odpowiednim standardzie.Co znaczy w Pana przypadku ?odpowiedni standard??Klimatyzowany hotel z basenem położony blisko plaży.Nurkuje Pan?Jedynie z fajką i maską. W ten sposób zwiedziłem australijską rafę koralową. Nigdy, mimo że bardzo mnie ciągnęło, nie odważyłem się zejść głębiej. Trochę ze względu na elementy towarzyszące zdobywaniu licencji nurka: kilkunastodniowy kurs, konieczność wożenia sprzętu itp.A wspomniany trzeci typ urlopu?Staram się dwa razy do roku jeździć na narty. Robię to zarówno we własnym zakresie, jak i korzystając z oferty biur podróży, specjalizujących się w tego typu wyjazdach. Na nartach jeżdżę właściwie tylko w Alpach. Robię to bardzo intensywnie ? zazwyczaj jeżdżę od rana do wieczora. Po nartach nie mam już siły ani ochoty na życie towarzyskie, nie korzystam więc z atrakcji typu apres-ski.Czym kieruje się Pan wybierając ośrodek wczasowy. Poziomem trudności okolicznych tras?Ich długością: łącznie trasy w dobrym miejscu powinny liczyć sobie co najmniej 100 km.Najtrudniejsza góra?Najtrudniejszy jest zatłoczony Kasprowy bez odpowiednio przygotowanych tras. Ponieważ przez większą część życia jeździłem właśnie po tutejszych muldach, mam ich teraz dosyć i preferuję dobrze przygotowane szlaki. Być może również dlatego nie pociągają mnie sporty ekstremalne. Jeśli ktoś wychowywał się w Alpach, od dziecka korzystał z dobrze przygotowanych tras, to zapewne odczuwa głód silniejszych wrażeń. Tymczasem zjazd z Kasprowego kilkudziesięciometrową rynną pełną lodu, kamieni i narciarzy wymagał nie lada umiejętności. W tym sensie sportów ekstremalnych już zażyłem.Pana synowie też jeżdżą na nartach...Uczyłem ich od najmłodszych lat. Na nartach jeździ młodszy, starszy woli snow-board.Teraz też zabiera Pan ze sobą na narty rodzinę?Staram się. Czasem zdarza się jednak, że nikt nie chce ze mną jechać.Widzi Pan różnicę w sposobie uprawiania turystyki przez synów i przez Pana w ich wieku?Ja chodziłem po górach ? oni nie. Zdobyłem nawet Złotą Górską Odznakę Turystyczną w latach 60. Moi synowi natomiast grają w koszykówkę. Jeden pływa na desce windsurfingowej (na naszych akwenach). Żaden z nich jednak nie uprawia sportu wyczynowego, jak to było w przypadku moim i żony: oboje uprawialiśmy szermierkę. Czy miał Pan okazję zwiedzić inne kontynenty niż europejski?Tak. Z funkcją, jaką sprawuję, związane są dość częste podróże zagraniczne. Często zdarza się, że w tzw. czasie pokonferencyjnym można zwiedzić miejsce, w którym konferencja się odbywa. Z tego też względu mam dość dobrą znajomość świata.Czy zanim został Pan prezesem GPW, spędzał Pan wolny czas także w ten sam sposób?W poprzednich latach pracowałem w Polskiej Akademii Nauk, gdzie czasu wolnego miałem stosunkowo sporo. Obecnie spędzam go dużo intensywniej. Jednak muszę przyznać, że nie jestem typem człowieka, który miałby potrzebę odcięcia się od rzeczywistości i zaszycia się na pewien czas np. w leśniczówce. Lubię mieć ciągły dostęp do informacji i wiedzieć, co się dzieje na giełdach światowych i w Warszawie. Rynki finansowe interesują mnie bez względu na to, czy jestem prezesem giełdy, czy nie i fakt, że muszę być dostępny pod telefonem komórkowym nawet na urlopie, nie jest dla mnie zbyt uciążliwy.Czy ma Pan jakieś ulubione miejsce w Polsce, gdzie często Pan spędza lub spędzał wolny czas?Zakopane. Zarówno latem, jak i i zimą. Moi rodzice mieli tam dom i tam spędzałem większość wakacji. W zasadzie nie znam innych miejscowości.A bardziej odległe miejscowości, do których najlepiej dotrzeć samolotem?W moim przypadku latanie nie jest kwestią ?lubię ? nie lubię?. To po prostu część moich obowiązków.Czy po ostatnich wydarzeniach w USA i katastrofach lotniczych ograniczył Pan jednak liczbę lotów?Nie. Oznaczałoby to zwycięstwo terrorystów.Jak często Pan lata?Średnio dwa razy w miesiącu, daje to rocznie kilkadziesiąt lotów.Preferuje Pan linie zachodnie czy polskie?Staram się latać LOT-em i, co ciekawe, mimo że miałem problemy prawie z każdą linią ? tu się to nie zdarzyło.Podróżuje Pan kolejami?Rzadko mam okazje, choć bardzo lubię.Którą podróż najmilej Pan wspomina?Wiązała się ona z konferencją w Cancun (Meksyk), po której kilka dni było przeznaczone na cele turystyczne.To miejsce, za którym Pan tęskni?Chciałbym tam jeszcze wrócić. Wyjazd ten kojarzy mi się z plażą, nurkowaniem i koncertem Pavarottiego na tle świątyni w Chichen-Itza. Jest więc za czym tęsknić.Ma Pan już zaplanowany kolejny urlop?Nie.Korzysta Pan w takich sytuacjach z last minute?Popyt na oferty last minute jest tak ogromny, że przestały one być tym, czym kiedyś: okazją. Jeśli z nich korzystam, to już nie dlatego że są tańsze, bo uważam, że nie są, ale ze względu na niemożność wcześniejszego zaplanowania urlopu ze względu na obowiązki. Doszedłem też do wniosku, że te atrakcyjniejsze miejsca wykupywane są znacznie wcześniej, a ja nie lubię rozczarowań. Dlatego też zawsze starannie przygotowuję się do wyjazdu: dokładnie studiuję przewodniki i informatory biur, aby uniknąć możliwych do uniknięcia nieprzyjemności.Co Pan przywozi z wycieczek?Staram się przywieźć coś, co będzie mi przypominało dane miejsce, przy czym raczej nie jest to typowa dla regionu pamiątka, a raczej przedmiot użytkowy: kubek, talerz, sztućce. Coś, co mogę używać na co dzień. O dziwo, jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie udało mi się przywieźć z podróży, jest rzeźba z Kenii. I nie chodzi tu o względy estetyczne (bo figurki te są ładne, hebanowe), ale o całą związaną z ich nabywaniem otoczkę: połączenie strachu (w Nairobi chodzenie po ulicach z paroma dolarami w kieszeni nie należy do bezpiecznych), przyjemności targowania się i zbijania ceny nawet o 70% na lokalnym zatłoczonym bazarze.Do tej pory byłem dosyć odważny, jeśli chodzi o poruszanie się po miastach, których gospodarze kategorycznie to odradzali. Inaczej miasto wygląda z autobusu, inaczej z perspektywy chodnika. Zwiedziłem w ten sposób uważane za niebezpieczne np. Sao Paulo, Nairobi i Johannesburg ? miasta Afryki i Ameryki Południowej. Z ryzykiem nie wiążą się natomiast spacery po miastach azjatyckich: nie odczuwa się tego w Hongkongu, Bangkoku, czy Kuala Lumpur....Kupuję też dużo toreb i walizek....?Stałem się ekspertem w tej dziedzinie. Kupuję zazwyczaj plastikowe na kółkach. Każda podróż służbowa jest inna ? chociażby ze względu na czas trwania. W każdą zabiera się inne rzeczy. Przekonałem się, że wyposażenie walizek (wieszaki), mające ułatwić spakowanie np. garnituru, to ?lipa?. Mam na to własny sposób.Jaki?Rozkładam marynarkę całkowicie i zawijam w nią inne rzeczy. Powstaje w ten sposób tobołek, który następnie umieszczam w walizce ? w ten sposób marynarka gniecie się najmniej. Po rozpakowaniu wystarczy ją powiesić w zaparowanej łazience, aby wszystkie zagniecenia ? ?puściły?. Pakowanie jest sporą sztuką. Istotna jest wielkość torby (tak aby po ułożeniu nic w niej nie latało). Pod względem koniecznych do zabrania rzeczy, podróże: 1-dniowa, 2-dniowa i 3-dniowa naprawdę się od siebie różnią.Dziękuję za rozmowę.