na warszawski parkiet.
To, co widać na wykresie WIG20, odbiega nieco od modelowego przejścia z rynku niedźwiedzia do rynku byka. Teoretycznie powinno wyglądać to tak, że po okresie spadku następuje okres konsolidacji, który stanowi bazę dla przyszłego wzrostu. W czasie kształtowania bazy zwyżki następują z dużym trudem, a ewentualne korekty są głębokie. Inaczej jest po wybiciu z konsolidacji - tutaj zwyżka powinna być już dynamiczna, a korekty - niewielkie.
Tymczasem zachowanie indeksu WIG20 jest dokładnie odwrotne. To, co jest bazą do wzrostu, czyli wszystko, co zdarzyło się poniżej poziomu 1200 punktów, było bardzo dynamiczne i gwałtowne. Natomiast po przekroczeniu tej bariery, kiedy wykres powinien bez trudu piąć się w górę, nastąpiło wyhamowanie.
Ten niewyraźny wzrost nie jest zgodny z istotą formacji rozszerzającego się trójkąta, która stanowiła podstawę zwyżki. Zgodnie z teorią, tego typu formacje są charakterystyczne dla rynków emocjonalnych. Przy takiej interpretacji wykresu nic nie stałoby na przeszkodzie, by zwyżka poniżej granicy 1200 pkt. była gwałtowna, pod warunkiem jednak, że już po zbudowaniu formacji tempo zwyżki pozostaje utrzymane.
Są jeszcze inne fakty, świadczące o tym, że trend nie rozwija się w sposób charakterystyczny dla rynku byka. Nie powiódł się atak na główną linię trendu spadkowego pociągniętą po szczytach z marca 2000 r., oraz przełomu 2000 i 2001 roku. Chwilowe wyjście wykresu indeksu powyżej jej poziomu określić można mianem naruszenia oporu, co jest sygnałem słabości trendu wzrostowego.
Najważniejsze jest jednak to, że WIG20 znalazł się poniżej wsparcia na poziomie 1265 pkt., wyznaczanego przez szczyt koniunktury z 29 października. W porządnym trendzie wzrostowym tego rodzaju sytuacje nie powinny się zdarzać - poprzednie maksima powinny stanowić wsparcie dla korekcyjnych spadków.