Środowe otwarcie rynków finansowych miało być prawdziwym sprawdzianem dla programu rządu Duhalde. Do tego czasu rząd wstrzymał bowiem wszystkie operacje, chcąc przygotować inwestorów i obywateli do nowego oficjalnego kursu peso, wynoszącego 0,71 dolara USA. Rząd planuje przez kilka miesięcy utrzymać sztywny kurs peso, a potem dopuścić możliwość jego upłynnienia. Jednak wielu ekonomistów wątpi, czy uda się zachować nowy kurs peso i prognozuje, że do końca roku deprecjacja może sięgnąć 70 procent. Są również zdania, że na dużo wyższym od oficjalnego utrzyma się wolnorynkowy kurs argentyńskiej waluty. By uspokoić nastroje, Duhalde chce przenieść część kosztów dewaluacji na banki. Zapowiedział, że oszczędności obywateli, na razie częściowo zamrożone, będą stopniowo zwracane w tej walucie, w której je złożono. Wielu bankowców uważa to za niewykonalne. Niektórzy komentatorzy piszą, że pieniądze z kont Argentyńczyków dawno już wyparowały i banki po prostu nie mają czego wypłacać. Obawy bankowców wiążą się też z nałożonym na nie obowiązkiem doraźnej wymiany zdeponowanych dolarów na peso w stosunku 1:1. Banki spodziewają się w sumie 15 mld USD strat. Argentyński minister gospodarki Jorge Remes Lenicov szacuje je na 6 mld i zapewnia, że zostaną pokryte z rządowych obligacji. Analitycy zwracają uwagę, że chociaż dewaluacja jest korzystna dla eksportu argentyńskich towarów, ponieważ będą one za granicą tańsze, a eksporterom przyniosą większe zyski, to jednak pozytywny wpływ tego zjawiska będzie ograniczony - eksport stanowi zaledwie 8 proc. PKB Argentyny.

(PAP)