A wiele osób stukało się na mój widok w czoło - przecież Czechowicz to taki fajny facet. Te miłe spotkania na konferencjach, te śmiałe plany, wysokie miejsca w rankingach najbogatszych, podziw elit, salony, wiwaty, oklaski... A ja - wiadomo - zwolennik tak przyziemnych nauk, jak ekonomia czy matematyka. Niemodny siermiężny defetysta. W zderzeniu ze śmiałymi wizjami króla internetu czułem się nawet cokolwiek głupio.
Czar Prezesa zniewolił wielu inteligentnych ludzi (zresztą sam zawsze podkreślam, że umiejętności "sprzedawania" - takiego automarketingu można mu pozazdrościć). W akcje MCI zapakowali się nie tylko skuszeni wizjonerstwem prezesa inwestorzy. Swoich klientów na papiery te "wsadzili" także skądinąd łebscy zarządzający funduszy. Co zresztą sprawiło, że moje gorące uczucia do niektórych z nich dość mocno ostygły. Ale, wbrew mojemu krakaniu, na początku było przecież pięknie. Po prostu, kolejny sukces w karierze cudownego dziecka polskiego biznesu. Tyle że jednocześnie zapowiedź klęski tych, którzy w ów mit uwierzyli.
Potem z przerażeniem musieliśmy obserwować staczanie się mitu polskiego internetu i IT. J. David Kuo określiłby to pewnie mianem "dot.bomb" (tak zatytułowana jest jego reklamowana obecnie książka). A teraz, niezależnie od osobistych emocji, MUSZĘ trzymać kciuki za przetrwanie i pomyślność MCI. Bo kompromitacja tego projektu uderzy w sektor internetowy i raczkujące fundusze venture capital. Podważa i podważy wiarygodność wielu sensownych projektów biznesowych, utrudniając ich finansowanie. Obniży wyceny projektów. Zresztą MCI nie jest pionierem w tym dziele - wcześniejsze spektakularne przygody z ahojem czy areną wyrządziły równie dużo krzywdy biznesowi internetowemu. Inwestorzy, pamiętając o owych popisach, mają bowiem pretekst, by ignorować nowe przedsięwzięcia.
Żeby nie było wątpliwości - MCI to nie tylko Czechowicz. Co robiła rada nadzorcza, której kilku członków w tak spektakularny sposób opuściło ORP MCI? Co robili inwestorzy finansowi? Dlaczego akcjonariusze nie reagowali na czas, gdy sypano akcjami, a kurs osuwał się w otchłań bessy? Teraz - sądząc po publikacjach - nie są zbyt skłonni do oficjalnego wypowiadania się w sprawie MCI. Życzą ponoć powodzenia spółce, z której czmychnęli. Cokolwiek za późno.
Tomasz Czechowicz jest niewątpliwie osobą czarującą. I niewątpliwie trzeba go cenić za wcześniejsze sukcesy. Ale mnie interesuje to, co dzieje się na rynku publicznym. Bo mówimy przecież o pieniądzach wielu ludzi. A MCI jest porażką rynku kapitałowego. Na razie bowiem MCI doprowadziło do ruiny swoich akcjonariuszy. Bo tak można ocenić sytuację, w której wartość ich portfeli jest ledwie cząstką tego, co musieli zapłacić w ofercie publicznej. Jedyną nadzieją na odzyskanie pieniędzy jest jakaś gigantyczna hossa lub wyciąganie kursu (to jednak pod warunkiem zachowania przy okazji sporej płynności, tak by wszyscy zdążyli uciec ze statku, zanim zabraknie mu pary).