Towarzystwa ubezpieczeń majątkowych, sprzedające obowiązkowe polisy OC komunikacyjne, były zaskoczone, gdy w listopadzie ub.r. nowo powołany minister zdrowia Mariusz Łapiński oświadczył, że będą one partycypowały w kosztach leczenia ofiar wypadków drogowych.
Pomysł powstał w związku z niedoborem, jaki ujawnił się w trakcie planowania tegorocznego budżetu Ministerstwa Zdrowia. Mimo że minister Łapiński wytrwale szukał, przesuwając środki z jednej pozycji na drugą, i tak zabrakło mu 600 mln zł. Postanowił więc sięgnąć do kieszeni "bogatych" firm ubezpieczeniowych. Miałyby one odprowadzać 15-17-proc. odpis z zebranych składek z tych polis.
Larum grają
Wymuszona administracyjnymi decyzjami podwyżka stawek spowodowałaby, że liczba osób, które nie wykupują obowiązkowego OC, wzrosłaby dramatycznie (już teraz szacunki mówią, że 5-20% kierowców nie ma OC). Co z tego, że zakup polisy jest obowiązkowy, kiedy Polakom żyje się coraz gorzej i oszczędzają, na czym tylko mogą.
Ubezpieczyciele jednak wysunęli argumenty. Okazało się bowiem, że przy swoich wyliczeniach minister pominął koszty administracyjne, akwizycji, rezerwy techniczno-ubezpieczeniowe, koszty reasekuracji. Summa summarum wyszła strata. A jak strata, to my chętnie się nią podzielimy - zasugerowali ministrowi przedstawiciele środowiska ubezpieczeniowego. Ten jednak twardo bronił swojego stanowiska. Przedstawiciele firm zaczęli mówić więc o tym, że skoro tak, to składkę z ubezpieczenia OC zmniejszymy do jednego złotego i będzie ona sprzedawana w pakietach z odpowiednio droższym ubezpieczeniem Auto Casco.