Najważniejsza różnica między Niemiecką Republiką Demokratyczną a krajami środkowoeuropejskimi polega, wg ING Barings, na tym, że gdy chcąc zapewnić poparcie mieszkańców wschodnich Niemiec kanclerz Helmut Kohl zadecydował, że marki wschodnie będą wymieniane na zachodnie po kursie 1:1, NRD była krajem gospodarki centralnie planowanej i nie uczyniła żadnego kroku ku gospodarce rynkowej. Gdy natomiast kraje Europy Środkowej około r. 2007 będą przystępowały do unii walutowej, będą miały za sobą już około 17 lat funkcjonowania w gospodarce rynkowej i 2 lata w europejskim "wężu" walutowym, a kurs ich walut wobec euro będzie przynajmniej częściowo określony przez rynek bądź też (jak w przypadku powiązanej od 15 lat z DEM korony estońskiej) będzie odpowiadał zdolności konkurencyjnej ich gospodarki.
Bank ten wskazuje, że rynkowa gospodarka krajów Europy środkowej już dziś jest w stanie konkurować w ramach UE, co uznaje nawet Komisja Europejska. Niemcy wschodnie mają natomiast gospodarkę rynkową dopiero od 11 lat, a wdrożenie jej tam jest utrudnione przez nieodpowiadający zdolności konkurencyjnej tej części kraju kurs pieniądza (co jednak kompensują dotacje z budżetu federalnego).
ING Barings stwierdza, że nieuzasadnione są też obawy, że przyjęcie do UE około r. 2005 dziesięciu nowych krajów członkowskich spowoduje "rozwodnienie" euro. Z owej dziesiątki, łączna liczba mieszkańców w 9 wynosi bowiem 36 mln, czyli o 3 mln mniej niż w Hiszpanii. Z drugiej strony, nawet jeśli uwzględnić 38,5 mln Polaków, to wprawdzie będzie ich nadal mniej niż mieszkańców Niemiec, ale łączny PKB dziesiątki kandydatów, szacowany na ok. 370 mld euro, będzie znacznie niższy niż samej tylko Holandii (475 mld euro).
Ekonomiści ING Barings wskazują, iż nie zetknęli się jeszcze z przypadkiem, aby wpływ na euro wywarły jakieś dane, dotyczące np. inflacji czy wielkości sprzedaży detalicznej w Belgii czy Holandii. Rynek walutowy interesuje się bowiem albo wyłącznie informacjami dotyczącymi całej strefy euro, albo też największymi krajami tej strefy, czyli Niemcami lub Francją, a jeśli analitycy nie zwracają uwagi na takie kraje, jak Belgia czy Holandia, to tym bardziej nie będą się interesować krajami, których łączny PKB jest mniejszy niż Holandii.
Bank ten odrzuca też pokutujący w Europie zachodniej pogląd, że mniej zamożne od członków UE kraje środkowoeuropejskie będą gospodarczym "kamieniem u szyi" Unii. Pod koniec ub.r. - wskazuje on - inflacja w Holandii była wyższa niż na Litwie, Łotwie, w Polsce, Czechach i w Estonii. Podobnie jak podstawą siły dolara są lepsze perspektywy gospodarki amerykańskiej, tak i w przypadku krajów Europy środkowej ich szybsze tempo wzrostu wydajności pracy powinno wywrzeć korzystny wpływ na gospodarkę całej Unii. Siła robocza w krajach przystępujących do UE jest wprawdzie podobnie tania, jak w przypadku imigrantów sprowadzanych do Stanów Zjednoczonych, ale znacznie lepiej wykształcona.