Lay założył Enron w 1985 r. na bazie dwóch firm z branży gazowej (InterNorth i Houston Natural Gas). Spółka była wówczas warta 6 mld USD. W roku ubiegłym, w szczytowym okresie, wyceniano ją na 60 mld USD, a w ciągu dwóch miesięcy papierowa góra pieniędzy wyparowała. Okazało się, że w spółkach partnerskich ukrywano dług, a zyski przez 4 lata zawyżono o 586 mln USD. W Enronie i Andersenie, zewnęrznym audytorze, w ruch puszczono niszczarki dokumentów.
Kenneth Lay odchodzi z najwyższych stanowisk w Enronie, prezesa i dyrektora generalnego, ale pozostanie w zarządzie. Nie będzie jednak na liście płac. Przez osiem lat jako szef firmy zarabiał 31,5 mln USD rocznie, wzbogacił się też na opcjach. W ubiegłym roku dwa razy dziennie handlował tymi instrumentami, a do 21 sierpnia zarobił na tym 26 mln USD. Na wykonaniu opcji zyskał w 2001 r. 123 mln USD, w 1999 r. zaś 44 mln USD.
Wprawdzie fotel opuszcza z bardziej niż wypchanymi kieszeniami, ale też z bagażem grożących mu przesłuchań i procesów sądowych. Być może zdoła uniknąć konsekwnecji, gdyż podobnie jak inni menedżerowie Enrona jest od strony prawnej dobrze zabezpieczony. Jego sytuację może jednak zmienić oskarżenie o bardzo poważne malwersacje i fałszerstwa.
Jego rola w tym największym bankructwie w historii Stanów Zjednoczonych ma zostać wyjaśniona w toku licznych przesłuchań i dochodzeń prowadzonych przez rozmaite gremia.
Przez pewien czas Lay utrzymywał, że jego wiedza na temat skomplikowanych i ryzykownych transakcji przeprowadzanych przez innych menedżerów firmy była ograniczona i nie zdawał sobie sprawy z narastająych zagrożeń, ale niedawno wśród dokumentów zarekwirowanych na potrzeby kongresowego dochodzenia znaleziono adresowane do niego pismo z sierpnia ubiegłego roku. Jego autorka ostrzegała prezesa przed nadchodzącą katastrofą.