Warszawska giełda co kilka miesięcy przenosi akcje z systemu kursu jednolitego do notowań ciągłych i odwrotnie. Nie da się ukryć, iż ta pierwsza sytuacja określana jest mianem awansu, podczas gdy druga - degradacji. W praktyce okazuje się jednak, że w większości przypadków akcje, które teoretycznie awansują, wcale nie zwiększają swojej płynności i jedynie wegetują w systemie handlu ciągłego. Niekiedy spółki broniąc się przed usunięciem z ciągłych wynajmują animatorów dla swoich papierów, co daje tylko połowiczne efekty. Posiadanie odpowiedniego animatora (przy niewystarczającej płynności) gwarantuje bowiem wejście do ciągłych i utrzymanie się w tym systemie (lub pozostanie w nich), lecz nie rozwiązuje problemu niskich obrotów.

Zdaniem Mirosława Szczepańskiego, zastępcy dyrektora działu notowań GPW, przykładów takich spółek, które podpisały umowy z animatorami, jest ponad dwadzieścia. W tej grupie znajdują się takie walory, jak np. Manometry, Elkop, Energomontaż Północ, BOŚ, Centrozap, Projprzem, Wandalex czy też Prochem, Ropczyce i ZREW, które - gdyby nie animator - już dawno znalazłyby się w drugiej lidze. Ich płynność jest bowiem znacznie mniejsza niż liderów w systemie jednolitym. - Na samym dole statystyk obejmujących notowania ciągłe znajduje się grupa ponad 20 spółek, które średnio na sesję mają obrót mniejszy niż 10 tys. zł realizowany w kilku transakcjach. Wszystkie one mają jednego lub nawet dwóch animatorów, a mimo to ich sytuacja się nie zmienia - informuje PARKIET M. Szczepański.

- Po raz kolejny potwierdza się to, o czym już wcześniej informowaliśmy: system notowań ma niewielki wpływ na poziom obrotów na poszczególnych papierach. Widać to na przykładach naprawdę wielu spółek, których obroty zawsze pozostają na podobnym poziomie, niezależnie od tego, jak są notowane ich walory - ocenia Mirosław Szczepański. W praktyce oznacza to, iż część papierów, ignorowana w notowaniach ciągłych, po przeniesieniu do podwójnego fixingu staje się liderem tego rynku. Zdaniem dyrektora Szczepańskiego, wynika to m.in. z tego, że jeśli spółka znajduje się w ciągłych, to trzeba obserwować ją przez sześć godzin handlu, podczas gdy funkcjonowanie na fixingu przyciąga uwagę zainteresowanych inwestorów tylko dwukrotnie w ciągu dnia, co daje często lepsze efekty.

Oczywiście, zdarzają się także i wyjątki od reguły. Pozytywnym bohaterem jest przeniesiona do pierwszej ligi w październiku ubiegłego roku Polfa Kutno. Obecnie spółka ta (statystyki GPW nie obejmują sesji tegorocznych) zajmuje 64. miejsce w rankingu płynności w notowaniach ciągłych na 130 walorów do nich zakwalifikowanych. Oznacza to 130 tys. zł dziennego obrotu w średnio 11 transakcjach. Inne spółki, które awansowały, znajdują się dopiero na 88. miejscu (Krosno) oraz na 102. miejscu (Kopex). Także w systemie jednolitym można znaleźć spółki z przyzwoitą płynnością, nierzadko większą niż na ciągłych. Przykładowo notowana jeszcze do końca ubiegłego tygodnia w tym systemie Vistula miała 10 tys. zł dziennego obrotu. To zaś pozwoliło jej na przejście o szczebel wyżej bez konieczności podpisywania umowy z animatorem.

- Wszystkie nasze obserwacje wskazują, że tak naprawdę decydującą rolę jeśli chodzi o płynność odgrywają aktualne nastroje rynkowe oraz informacje w skali mikro, przyciągające uwagę na danym papierze - konkluduje Mirosław Szczepański.