Nasz rynek od pewnego czasu wykazuje zadziwiającą słabość. Po wybiciu z formacji klina zniżkującego (indeks WIG) wydawało się, że będziemy teraz świadkami silniejszego ruchu w górę. Niestety, popyt jest wciąż bardzo niemrawy i to pomimo całkiem przyzwoitego zachowania giełd w Czechach i na Węgrzech oraz w Rosji, które to rynki były z reguły dość silnie, przynajmniej pod względem kierunku ruchu, skorelowane z zachowaniem GPW.

Wydaje się, że ta relatywna słabość naszego rynku ma swoje źródła w gorszej sytuacji makroekonomicznej Polski w stosunku do naszych sąsiadów, a przede wszystkim w rozczarowaniu inwestorów danymi makroekonomicznymi, dotyczącymi pierwszego kwartału tego roku. Okazuje się mianowicie, że krajowe przedsiębiorstwa radzą sobie prawdopodobnie gorzej niż prognozowano to jeszcze na kilka miesięcy wcześniej, kiedy to WIG20 ustanowił dno w pobliżu poziomu 1000 pkt.

W takiej sytuacji bardzo trudno z pełnym przekonaniem przewidywać rozwój sytuacji w perspektywie średnioterminowej. Jest bowiem zbyt dużo niewiadomych. Po pierwsze, wciąż nie wykrystalizowana wydaje się sytuacja techniczna na rynkach światowych. Po drugie, brak większego kapitału zagranicznego w sytuacji wysokiego udziału akcji w portfelach OFE stanowi silny argument za tym, że marazm będzie trwał. Generalnie trzeba zauważyć, że bardzo dużo zależy od akcji banków, które trzymają się najlepiej. Jeżeli i one zaczną silne zniżki, to w przypadku czołowych indeksów zostaną wygenerowane wiarygodne sygnały sprzedaży. Biorąc pod uwagę wyżej opisane okoliczności z wysunięciem bardziej zdecydowanych wniosków należy się wstrzymać. W każdym razie, stwierdzić wypada, że trudno dostrzec czynniki wewnątrzkrajowe, które mogłyby doprowadzić do zwyżek, i pozostaje nam tylko czekać na impulsy z zagranicy.