Już rano pojawiła się wypowiedź Witolda Orłowskiego, doradcy ekonomicznego prezydenta. Według niego, kurs złotego jest za wysoki, co szkodzi polskiemu eksportowi. Polska waluta powinna się osłabić o 10% - 15%, bo to pomogłoby konkurować za granicą. Aby to osiągnąć, należałoby przeprowadzić interwencje. Mogą się one udać, ponieważ polski rynek jest niewielki. Osłabienie byłoby czasowe, ale wtedy inwestorzy by się wycofali i mogłoby dojść do trwalszego spadku wartości złotego. Potem w podobnym tonie wypowiadał się premier L. Miller (kurs polskiej waluty będzie tematem wtorkowego posiedzenia rządu).
Z kolei Bogusław Grabowski, członek Rady Polityki Pieniężnej, poinformował w poniedziałek, że jest przeciwny przeprowadzaniu interwencji na rynku walutowym.
Czy rzeczywiście grozi nam interwencja? Nigdy nie można wykluczyć takiego rozwiązania. Problem polega jednak na tym, czy może ono być skuteczne. Dlaczego miałoby się powieść i dlaczego miałoby zmusić inwestorów do wycofania się z polskiego rynku? Popatrzmy na to, co się dzieje w Czechach. Tam interwencje nie przynoszą rezultatów. A może zostałyby one wykorzystane przez kapitał spekulacyjny do generowania nowych zysków? Wtedy przez długi czas moglibyśmy obserwować na rynku zabawę w kotka i myszkę, efekt byłby mizerny, a koszty olbrzymie. Oczywiście, można wysunąć argument, że jeszcze nigdy w warunkach uwolnionego kursu złotego NBP nie przeprowadzał interwencji, skąd więc wiadomo, jaki miałaby ona skutek. Oczywiście tak na pewno to nie wiadomo. Przykład innych państw prowadzi jednak do jednoznacznych wniosków.
Rynek złotego reagował na wypowiedzi. Poza tym pamiętajmy, że w przyszłym tygodniu powinna rozpocząć się sejmowa debata nad zmianami w ustawie o NBP i o tym też inwestorzy pamiętają. Kto wie, czy ten czynnik nie odgrywa przynajmniej tak samo ważnej roli, jak ostatnie wypowiedzi dotyczące kursu polskiej waluty.
Notowania zaczynaliśmy z 4,01 i 3,68, czyli z 10,8%. Od razu przeważyła podaż. Dolar umacniał się sukcesywnie, na rynku eurozłotego działo się trochę więcej, obserwowaliśmy bowiem wahania w przedziale 3,668 - 3,688. W sumie jednak polska waluta traciła. Na zamknięciu za dolara płacono 4,05 zł, za euro 3,688 zł, odpowiadało to 10,3% odchylenia od starego parytetu.