Może jestem naiwny, ale ciągle wierzę w sprawiedliwość oraz proste reguły, rządzące gospodarką rynkową. Wyznaję też starą zasadę - "jaka praca, taka płaca", albo nieco zmodyfikowaną jej wersję - jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Oczywiście, nie chodzi tutaj o gorącą Kubę rządzoną przez Fidela Castro, bo w tym przypadku niebiosa obdarowały tę wyspę nadzwyczaj szczodrze pięknymi kobietami. Może jest to ekwiwalent za brak na niej giełdy papierów wartościowych, która bez systemu kapitalistycznego nie ma racji bytu. My już dorobiliśmy się i odpowiedniego systemu gospodarczego, i giełdy. Ładne kobiety mamy od zawsze. Nie dorobiliśmy się jednak prostych i klarownych zasad wynagradzania menedżmentu w spółkach giełdowych, czyli publicznych. A jeśli już są one publiczne, bo się wcześniej na to zdecydowały, to publiczne powinny być też informacje, w jaki sposób i za co wynagradzany jest ich menedżment.

Co prawda, w raportach rocznych znajdziemy zbiorcze dane o wynagrodzeniach, jakie otrzymali członkowie zarządu oraz rad nadzorczych, ale jest to informacja historyczna i dla czytelnika już lekko nieświeża. Akcjonariusze powinni wiedzieć na bieżąco, ile firma płaci (a nie ile płaciła) np. prezesowi za zarządzanie, jakie ma on bonusy i premie oraz jakie są warunki ewentualnego rozwiązania stosunku pracy. Mam tutaj na myśli drobnych akcjonariuszy, a nie dużych, gdyż ci taką wiedzę często posiadają od zasiadających w radzie nadzorczej swych przedstawicieli. I to właśnie ci ostatni decydują o apanażach zarządu.

Wiedza o zarobkach w spółkach publicznych nie powinna być wiedzą tajemną, lecz powszechną. "Dlaczego mi aż tyle płacą? Bo jestem piekielnie dobry, drogi akcjonariuszu inwestorze. I wcale się tego nie wstydzę. Popatrz, jakie spółka ma wyniki i ile dzięki mojej pracy zyskała na wartości. Zyskałeś i ty, inwestując w jej akcje, więc powinieneś być zadowolony" - to dla mnie wzorcowa odpowiedź menedżera spółki giełdowej pytanego o wielkość zarobków. I ona mi się po prostu marzy, bo żaden z naszych "wielkich sterników" do tej pory w ten sposób nie "odpalił" tym prostym tekstem ciekawskiemu dziennikarzowi. Być może przez wrodzoną skromność.

Ale już nie powinno być skromnością ukrywanie wielkości przyznanych odpraw i odszkodowań za zwolnienie menedżera ze stanowiska. W końcu każdego akcjonariusza ta informacja dotyczy, gdyż powinien wiedzieć, ile spółkę kosztuje pałacowy przewrót u władzy, bo de facto płaci i tak on jako akcjonariusz, czyli współwłaściciel giełdowej firmy. Niestety, jest to też temat tabu aż do momentu opublikowania rocznego sprawozdania finansowego, gdzie dane te podawane są łącznie dla całego zmienionego menedżmentu. Dziwne, bo taka informacja jest bardzo istotna dla rynku, zwłaszcza w tych spółkach, gdzie liczy się każdy grosz. Najgorszy scenariusz może być taki, że w styczniu zwalniany zarząd otrzymuje pokaźną odprawę, w maju spółka ratuje się przed upadłością, a dopiero w czerwcu następnego roku dowiadujemy się o wysokości odprawy.

Ponieważ ludzie lubią mówić o dużych, cudzych pieniądzach, znacznie wcześniej pojawiają się przecieki. A ich źródłem są osobnicy wredni, którzy nie potrafią zrozumieć pewnych reguł rządzących polską ekonomią. Jeśli doprowadziłeś firmę na skraj bankructwa, a przy okazji inwestorów do palpitacji serca, to wyluzuj się. Dostaniesz wielomilionową odprawę i jeszcze będą ci wypłacane zarobki np. przez 1,5 roku. Możesz też dostać procent z osiągniętego zysku, jeśli tylko pokaże go spółka-matka, bo na poziomie grupy mogą być już straty. Drobny akcjonariusz ma dwa wyjścia. Albo przyjmie te informacje z pokorą i posypie się popiołem, gdyż zbłądził w swej naiwności, inwestując w nieodpowiednie akcje. Albo tupnie nogą i zacznie się domagać na drodze sądowej odszkodowania za działalność na szkodę spółki, czyli także na jego szkodę. Niestety, na tej drugiej ścieżce może polec pod argumentami lepiej opłacanych od swoich prawników. Drobny akcjonariuszu, nie trać jednak wiary. Twoja siła tkwi w liczbie tupiących i dobrej organizacji. Tobie też się należy odszkodowanie, chociażby w formie przeprosin.