O wczorajszej sesji postarajmy się jak najszybciej zapomnieć. Nie chodzi tylko o zmienność i mały obrót. Do tego inwestorzy (ja ciągle jeszcze nie) zdążyli się już chyba przyzwyczaić. Chodzi mi o fakt zaprzepaszczenia okazji na rozhuśtanie rynku.
Przed sesją napłynęła na rynek informacja o uzgodnieniu zmiany treści umowy kredytowej między konsorcjum banków a TP SA. Jak się dowiedzieliśmy, spółka dzięki zmianie wartości jednego wskaźnika została uchroniona przed przedterminowym wezwaniem do spłaty całego kredytu. Kwota nie jest bagatelna (12,8 mld złotych). Ostatnie wyniki grupy nie były zbyt pomyślne, a właśnie od wyników m.in. zależy wielkość rzeczonego wskaźnika. Jego wartość okazała się zbliżać do wartości granicznej, której przekroczenie groziłoby wezwaniem do spłaty całości kredytu. Ale od czego są negocjacje. Wskaźnik przecież można podnieść, co skutecznie oddali możliwość problemów ze spłatą kredytu. Tak też się stało - podniesienie granicznej wartości dla wskaźnika o 0,5 pkt. spowodowało, że TP SA nie będzie zmuszona do przedwczesnej spłaty niemal 13 mld złotych. Jakie to proste. Rynek na taką wiadomość zareagował z niesmakiem. Bo niby spółka ma spokój, ale dokonano tego jakby faulem. Banki zaakceptowały większe ryzyko. Dlaczego takich warunków nie uzgodniono w momencie przyznawania kredytu? Tak czy inaczej, nie było widać wielkiej radości, a można było tę wiadomość wykorzystać do podpompowania kursów, co by zwiększyło zmienność. Niestety, nic takiego się nie stało i kolejny dzień byliśmy skazani na tupanie w miejscu. Technicznie, oczywiście, nic się nie zmieniło. Mamy kanał spadkowy i można jedynie liczyć, że w jego ramach będziemy się nadal poruszać. Takie podejście jest aktualne do momentu ewentualnego wybicia nad jego górne ograniczenie (1385 pkt.).