Prezes Stoczni Szczecińskiej Zbigniew Karkota uzasadnił złożenie wniosku o upadłość tym, że straty firmy przekroczyły jedną trzecią wartości kapitału zakładowego, a spółka straciła możliwość spłaty swoich zobowiązań. Prezes ma nadzieję, że postanowienie sądu rozpoczynające postępowanie upadłościowe zostanie wydane w piątek.
- To jest nam potrzebne, by szybko móc uruchomić nową spółkę. Poza tym nasi pracownicy czekają na pieniądze - podkreślił. Zbigniew Karotka dodał, że zarząd złożył równocześnie wniosek o umorzenie postępowania układowego z wierzycielami, które sąd otworzył w oparciu o wniosek poprzedniego zarządu. W sytuacji gdy wierzyciele nie godzą się jednomyślnie na redukcję zadłużenia (odmówiły niektóre banki), postępowanie układowe nie może być zrealizowane. Zgodnie z procedurą, sąd musi najpierw umorzyć postępowanie układowe, a później może "rozpoznać" wniosek o upadłość. Sędzia udzielający informacji PAP (prosił o zachowanie anonimowości) zaznaczył, że "przy obecnym obciążeniu sądu o jakichkolwiek terminach na razie trudno mówić".
Dla stoczniowców upadłość oznacza wypłaty zaległych wynagrodzeń z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Od marca 2002 roku około sześć tysięcy pracowników jest na przymusowych urlopach; od tego czasu nie otrzymują pensji.
- Gwarantowany Fundusz Świadczeń Pracowniczych być może będzie musiał korzystać z pomocy budżetu państwa lub zaciągnąć kredyt na wypłaty świadczeń dla pracowników Stoczni Szczecińskiej - uważa wiceminister pracy Andrzej Zdebski. Według niego, upadek Stoczni Szczecińskiej stawia fundusz w bardzo trudnej sytuacji.
- Jeżeli Funduszowi nie wystarczy środków własnych, to będzie musiał pozyskać pieniądze z innych źródeł, czyli albo od budżetu, albo z kredytu - stwierdził. Nie chciał sprecyzować, w jaki sposób budżet mógłby wspomóc Fundusz. Nie potrafił też ocenić, jaką dokładnie kwotę pieniędzy będzie musiał przeznaczyć Fundusz na świadczenia. Jego zdaniem, na pewno będzie to kilkadziesiąt milionów złotych. Prawo złożenia wniosku do Funduszu o świadczenia mają wszyscy pracownicy upadłego zakładu. - Teoretycznie każdy, z 6 tys. pracowników będzie mógł to zrobić - powiedział wiceminister.