Po panicznym spadku z ubiegłego piątku rynek znalazł się na rozdrożu. Pesymiści mogą argumentować, że dwutygodniowa konsolidacja pod poziomem 1400 pkt. była dystrybucją akcji i rynek powraca właśnie do zapoczątkowanego w styczniu trendu spadkowego. Optymiści z kolei mogą wciąż traktować aktualną słabość jako korekcyjny ruch powrotny po dynamicznym wybiciu z półrocznego klina.
Z pewnością siłę "niedźwiedzich" argumentów wzmacnia sytuacja na giełdach zagranicznych. Indeksy śmiało zmierzają w kierunku minimów z września ubiegłego roku, a szykujące się właśnie odbicie będzie miało raczej czasowy charakter. Ożywienie gospodarcze, zwłaszcza w USA, nie następuje tak szybko, jak oczekiwali tego kupujący drożejące akcje. Wzrasta prawdopodobieństwo tego, że fenomenalny wzrost gospodarczy w USA na przełomie roku (6% rocznie) był tylko chwilowym odreagowaniem.
W Polsce argumentów do spadku długo opierającym się kursom dostarczyły kłopoty z długiem Stoczni Szczecińskiej. W ciągu kilku dni okazało się, jak wiele polskim bankom brakuje do niejednokrotnie niżej wycenianych zagranicznych odpowiedników w dziedzinie oceny ryzyka kredytowego. W tej sytuacji należy zastanowić się, czy wycenianie banków przy użyciu współczynników C/WK bliskich 2,5-3 jest uzasadnione.
Na pytanie "jeśli nie banki, to co?" odpowiedź wydaje się prosta - wysoką siłę względną powinien zachować sektor IT. Perspektywa rozstrzygnięcia kilkunastu większych przetargów w końcu tego roku i pierwszej połowie przyszłego powinna wspierać wycenę Prokomu, ComputerLandu czy nawet Softbanku. W wynikach mniejszych spółek sektora (MacroSoft, Talex) już widać poprawę, gdzie indziej trzeba będzie poczekać jeszcze kilka miesięcy.