Rynek analiz i rekomendacji jest chory. Nawet jeśli wszystko gra pod względem prawnym, to z punktu widzenia etyki i ludzkiej uczciwości budzi po prostu niesmak. Wciskanie ludziom kitu weszło w krew niektórym analitykom. Tym, których główną ambicją życiową jest manipulacja faktami i taka interpretacja rzeczywistości, by mogły na tym zarobić ich instytucje. I oni sami, rzecz jasna.
Dyskusyjna jakość rekomendacji i ich podporządkowanie interesom instytucji wykonujących lub zlecających takie raporty to bynajmniej nie polska specjalność. Tylko co z tego? Czy dlatego, że maklerzy i analitycy w Nowym Jorku wciskają kit swoim klientom my mamy iść w ich ślady?
Jak można wierzyć w szlachetne intencje analityków i zarządzających w sytuacji, gdy jednego dnia publicznie wskazuje się na absurdalność postępowania jednej ze spółek, a następnego dnia w naszym biurze pojawia się kompletnie zdezorientowany inwestor, którego "asset" tego samego banku "wpakował" w akcje tej właśnie spółki? Zarządzający tłumaczą czasem, że na warszawskim parkiecie po prostu nie ma za bardzo czego kupować. A - według nich - kupować trzeba, bo przecież tak założono w strategii. Grunt, żeby wyniki jakoś tam nawiązywały do benchmarku (czyli portfela odniesienia). A że benchmark spada na łeb, na szyję? Cóż, widać naiwny klient nie doczytał regulaminu świadczenia usług. W końcu zarządzający nie zobowiązywał się do zarabiania, tylko obiecał wyniki lepsze od benchmarku. Co w ostatnich latach oznaczało po prostu generowanie strat. Mniejszych niż benchmark, ale strat...
Z prawnego punktu widzenia - wszystko jest w porządku. Widziały gały co brały. Podpis pod regulaminem jest? Jest. No to o co chodzi? Do cholery, chodzi o etykę i ludzką uczciwość. Smutne jest to, że prowizje przesłaniają niektórym zarządzającym takie podstawowe sprawy. Smutne, choć zainteresowani mogą się obruszyć, że przecież tak samo pogrywają z klientami maklerzy i zarządzający na najbardziej rozwiniętych rynkach świata. Jednym słowem - nabijanie klienta w butelkę to zwyczaj przyjęty i usankcjonowany przez dziesiątki lat funkcjonowania bankowości inwestycyjnej. Czas jednak zweryfikować obyczaje. Choroba ta bowiem prowadzi do coraz poważniejszej w skutkach kompromitacji publicznego rynku kapitałowego i instytucji chętnie podpierających się etykietką "profesjonalnych". I równie chętnie wygłaszających farmazony o swojej rzetelności.
Tak jak spółki nie przestaną robić w konia akcjonariuszy bez aktywności tych ostatnich, tak choroba "analityczno-rekomendacyjna" nie zniknie bez zainteresowania nią inwestorów, karmionych rozmaitymi opowiastkami produkowanymi przez pomysłowych analityków. Kochani inwestorzy! Zamiast dawać robić z siebie frajerów, upominajcie się o swoje prawa. Ktoś, kto - podpierając się różnymi bzdetami fundamentalno--technicznymi zaleca kupowanie tych samych papierów, które właśnie w panice wyprzedaje jest OSZUSTEM, który bezczelnie robi Was w konia. Jeśli sprawia to Wam przyjemność - Wasza sprawa. Jeśli nie - cóż, zwracam uwagę, że przeklinanie przekręciarzy to zbyt mało. Ich to naprawdę nie wzruszy.