Nadpłynność w sektorze bankowym to pozostałość po przepisach, które nakazywały NBP skupywać waluty od banków na fixingu, co skutkowało emisją pieniądza i utrudniało walkę z inflacją (banki, mając dużo pieniędzy, nie reagują odpowiednio na zmiany stóp procentowych). Do likwidacji nadpłynności bank centralny przeznaczył obligacje, które otrzymał po konwersji długu państwa wobec NBP, a których wartość nominalna przekraczała 16 mld zł. Papiery były sprzedawane na aukcjach.
Jednak plany banku centralnego pokrzyżowała kiepska sytuacja budżetowa - Ministerstwo Finansów gwałtownie zwiększało w kolejnych latach emisję papierów, co doprowadziło do spadku cen. NBP, aby nie wchodzić w drogę resortowi, zdecydował, że będzie przyjmować tylko wysokie ceny. W rezultacie, zwłaszcza ostatnio, papiery sprzedawane przez bank centralny nie cieszą się wielką popularnością. Tymczasem nadpłynność utrzymuje się na poziomie ok. 10 mld zł (w czerwcu było mniej, ok. 6,6 mld zł). I - zdaniem analityków - na razie nie widać wielkich szans na to, aby doprowadzić do całkowitej likwidacji nadpłynności. Chociaż na razie istnienie tej wolnej gotówki nie ma wielkiego wpływu na rynek.
- Kłopot pojawia się, gdy banki nie mają co zrobić z pieniędzmi, co powoduje mocny spadek stóp krótkoterminowych na rynku - powiedział Marcin Bilbin, ekonomista Banku Handlowego. - Tymczasem w sytuacji takiej jak obecna, gdy stopy krótkoterminowe zbliżone są do stopy referencyjnej banku centralnego, nadpłynność nie jest groźna. Poza tym, ostatnio banki sporą część wolnej gotówki ulokowały w obligacjach.
Na dodatek, na zasoby wolnej gotówki w bankach negatywnie działa obserwowany ostatnio spadek depozytów. Jednak ani on, ani też aukcje obligacji konwersyjnych na razie nie dają nadziei na doprowadzenie do sytuacji, w której banki będą musiały się zadłużać w NBP. - W ten sposób bankowi centralnemu na pewno nie uda się ograniczyć nadpłynności, która, jak sądzę, będzie dokuczać bankowi centralnemu jeszcze przez jakiś czas - powiedział Maciej Reluga, główny ekonomista BZ WBK.
- NBP oferuje stosunkowo niewielkie pakiety, po 300 mln zł na aukcji - powiedział Jacek Wiśniewski, szef działu prognoz i analiz w Pekao SA . - Potrzebna byłaby znacznie większa aukcja, aby sprzedaż papierów miała większy wpływ na zasoby wolnej gotówki banków. Na dodatek od nich odkupują te papiery fundusze emerytalne i nawet przy większych aukcjach nie udałoby się doprowadzić do sytuacji, w której wszystkie obligacje zostałyby w bankach.