W 2001 r. zagraniczny kapitał zainwestował w Stanach Zjednoczonych 124 mld USD. Dane z pierwszych miesięcy br. są jeszcze mniej optymistyczne. W 2000 r. wartość inwestycji osiągnęła apogeum - 301 mld USD.
Według danych Departamentu Handlu, spadek inwestycji spowodowany był przede wszystkim recesją i osłabieniem aktywności w dziedzinie fuzji i akwizycji. Nie bez znaczenia były także skandale związane z kreatywną księgowością, które podważyły zaufanie do rzeczywistej kondycji amerykańskich spółek.
Nie mniej niepokojący był spadek wydatków inwestycyjnych zagranicznych firm już funkcjonujących w USA. Według szacunków Morgan Stanley, obniżyły się one o 15-20% w porównaniu z najlepszym 1999 r., kiedy wyniosły 136 mld USD. Tymczasem to właśnie bezpośrednie inwestycje kapitałowe stanowią klucz do ożywienia gospodarki. To nowe fabryki i biura zwiększają PKB kraju i - co ważniejsze - tworzą nowe miejsca pracy.
W ciągu minionego 20-lecia zagraniczny kapitał zakotwiczył się w USA tak mocno, że jego aktywność w widoczny sposób odbija się na sytuacji całej gospodarki. Od 1986 r. udział tego kapitału w tworzeniu amerykańskiego PKB podwoił się. Najbardziej widoczna była w ostatniej dekadzie obecność europejskich spółek, które wyprzedziły mniej aktywny kapitał japoński. Według ekspertów, to napływ zagranicznego kapitału był jednym z motorów wielkiego boomu lat 90.
Zdaniem Marka Zandi, głównego ekonomisty Economy.com, przerwa w inwestowaniu ma charakter przejściowy. Gdy tylko zagraniczny kapitał otrząśnie się z szoku związanego z korporacyjnymi skandalami, wykorzysta niskie ceny amerykańskich spółek, aby umocnić swoją pozycję w USA. Firmy już obecne w Stanach prędzej czy później też będą musiały się dokapitalizować, aby sprostać wymaganiom rynku.