Według nowojorskiej Sirota Consulting, na początku dekady lat dziewięćdziesiątych kobiety zajmowały 34% stanowisk menedżerskich wszystkich szczebli. W 2000 roku było to już o 10% więcej. Natomiast raport konsultingowej firmy Catalyst stwierdza, że w 2001 roku kobiety zajmowały 12,4% miejsc w radach nadzorczych korporacji z prestiżowej 500 Standard & Poor`s - o 1,2% więcej niż w 1999 roku. Najbardziej sfeminizowane są rady nadzorcze General Motors, Ford, Kraft Foods oraz Procter and Gamble.
Najtrudniej kobietom dostać się na same szczyty korporacyjnej władzy. Zgodnie z analizami Centrum Badania Polityki Społecznej im. Annenberga, wchodzącego w skład Uniwersytetu stanu Pensylwania, kobiety zajmują tylko 23% stanowisk menedżerskich najwyższego szczebla w amerykańskich korporacjach. Do najwyższych stanowisk panie są najczęściej dopuszczane w wydawnictwach, a najrzadziej w firmach internetowych. - Ludzie na szczytach korporacyjnej władzy - a więc mężczyźni - wciąż otaczają się podobnymi do siebie ludźmi - a więc mężczyznami - komentowała wyniki badań nadzorująca je profesor Susan Ness.
Postępująca - choć z oporami - feminizacja menedżmentu, wpływa na zmianę stylu pracy amerykańskich przedsiębiorstw. - Kobiety preferują inną kulturę pracy niż ta, militarna, wymyślona przez mężczyzn. Wnoszą do korporacji humanizm i zdrowy rozsądek - twierdzi Jefrey Salzman z Sirota Consulting.
Z przeprowadzonego przez Sirotę badania opinii szeregowych pracowników wynika, że kobieta-menedżer postrzega korporację jako zbiór indywidualności, które powinny się nawzajem respektować i darzyć szacunkiem, cieszyć się zarówno życiem zawodowym, jak i prywatnym. Kobieta-menedżer uważa, że jeżeli dziecko gra w ważnym meczu piłki nożnej, to rodzic, obojętnie czy w spódnicy, czy w spodniach, powinien mu kibicować, a nie ślęczeć przy biurku. Świat korporacyjny od tego nie zawali się - za to wzmocnią się więzi rodzinne.