Takim tytułem można w skrócie określić środowe wzrosty na GPW, które miały miejsce po spektakularnych spadkach światowych indeksów we wtorek. Po silnej przecenie zawsze znajdują się chętni do kupna papierów i o ile potrafią odpowiednio wcześnie zamknąć pozycję, nawet na tym zarabiają. Taka sesja, jak środowa, niestety, nie pozwala jednak spoglądać w przyszłość ze zbyt dużym optymizmem. Mimo że na głównym indeksie powstała formacja nieco zbliżona do objęcia hossy i (ledwo) zamknięta została wtorkowa luka bessy, ciężko wróżyć trwałą poprawę sytuacji.

Wartość obrotów, jakie zanotowano na naszym rynku w środę (niecałe 116 mln zł), brutalnie potwierdza ciężką sytuację rynku. Nie poprawiła jej również 50-pkt. obniżka stóp, jakiej dokonała RPP, mimo podzielonych opinii analityków. Rada motywuje swoją decyzję "umiarkowanym tempem ożywienia gospodarczego", zastrzega jednak, że projekt budżetu ogranicza pole manewru w polityce monetarnej. Najprawdopodobniej Rada przewiduje w perspektywie I półrocza przyszłego roku kłopoty z realizacją budżetu, związane między innymi ze zmianą polityki podatkowej wobec firm oraz z niższym od prognozowanego wzrostem gospodarczym, w związku z czym nie sugeruje szybkiego luzowania polityki monetarnej.

Drugie z wyżej wymienionych zagrożeń jest zresztą dostrzegane przez większość (z wyjątkiem Grzegorza Kołodki oczywiście) prognostów, o czym świadczą nowe, znacznie obniżone przewidywania wzrostu kluczowych gospodarek świata ogłoszone przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Zgodnie z nimi, na przykład, gospodarka amerykańska będzie się rozwijać w tempie 2,6, zamiast 3,4%, a przyjmujące niemal 40% naszego eksportu Niemcy osiągną wzrost 2,0, zamiast 2,7%. W takim otoczeniu trudno będzie polskiej gospodarce realizować ambitny plan 3,5-proc. rozwoju, a naszej giełdzie powrócić do trendu wzrostowego. Ale czym tu się przejmować - poważniejsze problemy pojawią się dopiero za kilka miesięcy, na razie mamy piękny, wymuskany budżet i podwyżki w budżetówce - w sam raz przed wyborami.