Według zarządu w raporcie znalazło się szereg nieprawdziwych stwierdzeń. Szymon Jachacz, zwolniony dyscyplinarnie przez syndyka prezes firmy handlowej, twierdzi, że na pewno nie utrudniał przekazywania informacji. Ponoć sam nie dostał przewidywanego harmonogramu odbioru dokumentów. Według niego, w spółce nie było bałaganu. - Po prostu dokumenty uporządkowane były według spółek, tematycznie, a nie chronologicznie - twierdzi S. Jachacz. Jego zdaniem, np. wyciąg dłużników i wierzycieli został sporządzony na dzień po spotkaniu z syndykiem, zatem nie może być mowy o opóźnieniu.
Wiesław Malinowski, główny akcjonariusz Oceanu, uważa natomiast, że utrudnienia w otrzymywaniu dokumentacji powstały na własne życzenie syndyka. - B. Ogińska-Kisała zwolniła ludzi, którzy mają o spółce wszystkie informacje, a potem twierdzi, że ciężko do nich dotrzeć. Najwidoczniej zależy jej na jak najdłuższym prowadzeniu sprawy - mówi.
Ich zdaniem, zarzuty stawiane w wypowiedzeniach z pracy (naruszenie obowiązków) są bezpodstawne, tak w przypadku prezesa, jak i pozostałych pracowników. Szymon Jachacz już złożył skargę do sądu pracy. Ponadto spółka wysłała już do warszawskiego sądu skargę na pracę syndyka.
Przypomnijmy, że w sprawozdaniu do sądu syndyk podaje wiele przykładów domniemanych nieprawidłowości w księgach Oceanu. Według zarządu, to również kłamstwa. - Wartość kilkuletnich zapasów była wielokrotnie urealniana. Inaczej audytor sprawdzający nasze księgi nie mógłby podpisać się pod sprawozdaniem ze swojej pracy - twierdzi W. Malinowski. Według niego fakt, że należności od upadłej Evity były wciąż księgowane według ich pierwotnej wartości (92 mln zł), nie obciąża spółki. Mimo że zgodnie z zasadami księgowości powinna na nie zostać utworzona rezerwa. - Po pierwsze, Evita upadła w maju i nie zdążyliśmy jeszcze zrobić sprawozdania za pierwsze półrocze. Po drugie, i tak nic by to nie zmieniło - dodaje.
Przedstawiciele Oceanu potwierdzają część zarzutów dotyczących swobody w dokonywaniu wypłat wynagrodzeń. Ich zdaniem, skala zjawiska jest jednak zupełnie inna, a syndyk miejscami mija się z prawdą. Zaległości wobec pracowników nie wynoszą bowiem około 41 tys. zł, lecz 20 tys. zł.