Orzeczona kara jest najwyższą dopuszczoną przez prawo. Prawnicy spółki audytorskiej natychmiast po ogłoszeniu decyzji sądu zapowiedzieli apelację. Prokuratura oraz komisja papierów wartościowych i giełdy (SEC) nie ukrywały, że zależy im na tym, aby przykład Andersena odstraszył innych przed podobnymi działaniami. - Postępowanie Andersena zachwiało fundamentami naszego rynku kapitałowego - mówił tuż przed ogłoszeniem wyroku prokurator Sam Buell.
Andersen został uznany za winnego utrudniania pracy wymiarowi sprawiedliwości latem br. Był to wówczas pierwszy werdykt sądowy w aferze Enronu. Przedstawiciele spółki audytorskiej przyznali podczas procesu, że zniszczyli dokumentację dotyczącą kontroli przeprowadzanych w Enronie. Operacja była prowadzona równolegle w kilku miejscach (Chicago, Londyn, Houston i Portland) i była tak szeroko zakrojona, że pracownicy musieli często pracować po godzinach. O winie samej spółki przesądziła opinia, że osoby, które podjęły decyzję o niszczeniu dokumentów, działały w imieniu firmy audytorskiej.
Nadzór sądowy ma polegać m.in. na nakładaniu nowych kar i wydłużeniu czasu kontroli w przypadku stwierdzenia nowych nadużyć popełnianych przez firmę.
Proces sądowy był dla Andersena przysłowiowym gwoździem do trumny, gdyż ujawnił nie zawsze legalne metody działania audytora.
Arthur Andersen zaliczany był do niedawna do wielkiej piątki globalnych audytorów. Stracił jednak w wyniku skandalu większość dużych klientów, którzy przeszli do innych firm. Dziś Andersen zatrudnia zaledwie tysiąc pracowników. Pozostałych 27 tysięcy bądź zostało zwolnionych, bądź znalazło pracę u innych audytorów.